Moi rodzice

Mama urodziła się w 11 czerwca 1943 roku w Sierpcu w powiecie Płockim. Mieszkała nieopodal w malowniczej wsi. Miała trzy siostry: Elżbietę, Teresę, Zofię, oraz brata Kazimierza. Uczęszczała do szkoły podstawowej w Borkowie Kościelnym. Po skończeniu podstawówki uczyła się na krawcową.

Tata urodził się 21 kwietnia 1937 roku w Chodkowie powiecie płockim. Był młodym chłopakiem, kiedy wraz z rodzicami, siostrą i  bratem przeprowadził się do Gdańska.

Rodzice, jak to zwykle w życiu bywa, poznali się przypadkiem. Jesienią 1963 ojciec przyjechał do Borkowa na ślub brata. Ubranie na ślub wymagało poprawki, polecono mu mamę. Parę miesięcy później, w styczniu 1964 roku miał miejsce ich ślub cywilny. Z kościelnym poczekali do Wielkanocy.

Musiała to być wielka miłość skoro młoda dwudziestoletnia kobieta decyduję się wyjść za wdowca z trójką dzieci. Moja siostra Teresa miała wtedy pięć lat mój brat Andrzej trzy, Wiesiek- syn pierwszej żony ojca. Był najstarszy, miał sześć albo siedem lat.

Mama pakuje cały dobytek do starej tekturowej walizki, i przyjeżdża z siostrą Elżbietą do Gdańska.

Dopiero kiedy stałam się dojrzałą kobietą, zrozumiałam jaką tragedię przeżyło moje rodzeństwo. Stracili matkę. Zastępuje ją im całkiem obca kobieta. Co młoda dziewczyna może wiedzieć o wychowywaniu małych dzieci? Nagle, nie rodząc staje się matką. Myślę, że to była trudna sytuacja dla każdej ze stron. W szkole można nauczyć się czytać i pisać, i wielu innych rzeczy w tym zawodu, ale żadna szkoła nie nauczy jak być matką/ojcem, a to jest najważniejsze zadanie w życiu.

Urodziłam się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, 20 grudnia 1965 roku, prezent gwiazdkowy dla taty.

Mama pracowała w Państwowym Domu Dziecka na Oruni jako pracownik fizyczny. Najpierw w pralni. Kiedy zachorowała na reumatyzm, zaczęła pracować jako krawcowa.

Ojciec pracował w PGM na Oruni jako hydraulik. Pamiętam go zawsze tak samo – niewysoki mężczyzna, z ogromnym brzuchem, jakby połknął piłkę plażową. Ubrany w flanelową koszulę w kratkę, i drelichowe spodnie. Na głowie czarny beret z antenką. Kiedy zaczynały się pierwsze chłody ubierał kufajkę. Na ramieniu nosił torbą ze świńskiej skóry na długim pasku. A w niej swoje skarby – klucze i kolanka. Czasami ubierał się odświętnie, takiego pamiętam go mniej.

Był pogodnym człowiekiem, którego wszyscy pozdrawiali na Oruni. Nie był gadatliwy, ważył słowa. Na jego twarzy zawsze malował się wewnętrzny spokój. Nazywał mnie Giniek albo chłopak.

Nigdy nam się nie przelewało. W dni powszednie na obiad zawsze była zupa, jedynie w niedzielę na stole gościło mięso. Czasem obiad robił ojciec. Jego specjałem były żeberka. Do sosu dodawał skórki razowego chleba. Smak tego sosu pamiętam do dzisiaj. Zupa fasolowa mamy była nie do pobicia. Próbujemy z rodzeństwem ugotować taką samą. Jednak nigdy nam nie wychodzi ten niezapomniany słodki smak.

Szynka konserwowa była tylko na święta. Zresztą tak samo jak pomarańcze. Ulubiony mój owoc. Skrupulatnie dzielony na pięć części. Dzisiaj jem sama całą. Nie podzielę się z nikim. Wiem, to irracjonalne.

Jacy byli moi rodzice – kochani, tego jestem pewna

A moje rodzeństwo jest najlepsze na całym świecie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.