Lalka

Sądzę, że nie ma ludzi, którzy nie odczuwają zazdrości. Nie piszę tu o zawiści, które  jest uczuciem podłym, wstrętnym  i złym, ale o zwykłej zazdrości.  Poznałam to uczucie będąc dzieckiem.

Mieszkałyśmy w tym samym bloku z czerwonej cegły.  Małgosia, Dorota i ja. Dorota, była o rok od nas młodsza. Dziewczyna o rzadkich blond włosach, okrągłej twarzy  i jak sama mówiła uśmiechu od ucha do ucha.  W raz z rodzicami i starszym bratem zajmowali mieszkanie jednopokojowe na parterze.   Już nie pamiętam, czy ktoś z jej rodziny czy też sama jej mama , wyjeżdżała zagranicę i tam kupowała lalki.

Widok ich, mimo upływu tylu lat nie zatarł się  mej pamięci.  W pokoju przy oknie znajdował się  rozkładany fotel jednoosobowy, przykryty kwiecistą kapą.  To właśnie na nim  stały i siedziały lalki.  Ich głowy były duże o dziecięcych rysach twarzy. W zależności od położenia, powieki  z długimi rzęsami zamykały się lub otwierały, ukazując okrągłe niebieskie oczy.  Większość tych lalek miała  długie włosy koloru blond. Ubrane były w kolorowe sukienki. Jedną z nich, zapamiętałam najbardziej. Siedziała w centrum. Swoją urodą przypominała hiszpankę. Jej długie czarne loki idealnie  pasowały do czerwonej sukienki zakończonej czarną  koronką, spod której   wystawały czarne buciki. Wyróżniało ją jeszcze coś, w porównaniu z innymi lalkami miała taką małą, kształtną głowę o nieco innej barwie.

Nie pamiętam, żeby Dorota się nimi bawiła. Te wszystkie lalki były raczej traktowane jak porcelanowe figurki, których strach było dotknąć. Kiedy przychodził wieczór i nadchodził czas  ścielenia łóżka,  Dorota przekładała je na stół. Rano wracały na swój fotel,  idealnie w to samo miejsce. Wyglądały tak troszkę jak żołnierze na warcie. Schludne bez śladów tłustych dziecięcych rąk.

Patrzyłam na nie zachłannie z taką dziecięcą zazdrością. Czasami Dorota pozwalał mi potrzymać „hiszpankę”. Potrzymać , nie pobawić.  Kiedy wracałam do domu, po policzkach leciały łzy. Tak bardzo  chciałam mieć takie lalki, chociaż jedną, malutką.   W końcu mam  zlitowała się.

Kasia, bo tak dałam jej na imię,  była  piękna i tylko moja. Duża plastikowa lalka z śmiesznymi dość grubymi nogami. Ubrana w jasną , króciutką sukienkę w pastelową kratkę. Na nogach miała białe buciki, które można była ściągać.  Włosy długie, proste  koloru rudego. Kiedy wychodziłam z nią na dwór,   pięknie lśniły w słońcu.  Świat zawirował ze szczęścia, zabaw nie było końca. Spałam z nią, bawiłam się w mamę i córkę,  karmiłam, prałam  sukienkę. Pewnego razu wpadłam na pomysł obcięcia jej włosów.

Rozum dziecka, wymyśliłam sobie, że jak je obetnę, odrosną jeszcze dłuższe. Tak jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Swoimi zabiegami fryzjerskimi, Kasię oszpeciłam doszczętnie. Z jej głowy wystawały milimetrowe kikuty zamiast włosów. Niestety,  nigdy nie odrosły.

Więcej lalek nie dostałam.

Bardzo cenię sobie rozmowy z moim bratem, kiedyś powiedział mi – niech nasze dzieci mają lepiej od nas. Przypomniałam  sobie ówczesny smak zazdrości, dlatego moje  dziecko miało więcej zabawek niż ja.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.