Szkoła podstawowa ciąd dalszy

Do dzisiaj nie pojmuje jakim cudem trafiłam do szkolnego chóru. Słuchu muzycznego nie mam w ogóle. Nie ma co ukrywać, słoń nadepnął mi na ucho. Na domiar złego okropnie fałszuje, co oczywiście nie zmienia faktu, że uprawiam karaoke jadąc autem.

W siódmej klasie na lekcję WF-u przyszedł trener AZS-u. Szukał chętnych do trenowania wioślarstwa. W końcu na coś przydał się mój wzrost i długie ręce. Panicznie bałam się wody, nie umiałam pływać, i miałam stać się wioślarką? Z czego wynikał strach? Podczas wakacji kolega zapragnął nauczyć mnie pływać, bez ostrzeżenia zepchnął z pomostu. Wpadłam w zieloną toń. Pomimo rozpaczliwych ruchów opadałam na dno. Przed oczyma przesuwały mi się porośnięte zielenią bale pomostu, i moje dotychczasowe krótkie życie. Przygłup kiedy zobaczył, że nie daję sobie rady, wyciągnął mnie z wody. Uraz został do dzisiaj.

Na treningach poznałam Jarka. Był wysoki, szczupły o kruczych włosach i brązowych oczach. Moje drugie zauroczenie. Znacznie poważniejsze. Zaczęło się dość śmiesznie. Kiedy trenowaliśmy w hali, siedział zawsze za mną i walił wiosłami po plecach.
Odwracałam głowę, a on mnie stale przepraszał. Gdzie mi wtedy było w głowie wiosłowanie jak tu taki fajny chłopak siedzi za mną i obija mi nerki. Oj wiele wysiłku kosztowało mnie, żeby nadążyć za jego tempem. Od obitych pleców zaczęła się nasza miłość. Przez kilka tygodni wędrowaliśmy razem, przytuleni do siebie, przez swoją jedyną młodość, która się nie powtarza. Przez rozbujaną, szumiącą wokół nas wiosnę, pociętą strumieniami światła, pełnej drżącej na wietrze młodej zieleni ulicznych drzew. Przeczekiwaliśmy w bramach przelotne wiosenne deszcze, patrząc na wędrujące chodnikami mokre, czarne kopuły parasoli, a potem szliśmy dalej wymytymi ulicami, omijając co większe kałuże.
Po treningu odprowadzał mnie na przystanek. Trzymając się za ręce czekaliśmy na czerwony autobus, który miał mnie zawieść na Orunię. Kiedy nadjeżdżał, delikatnie muskał mój policzek. I nagle robiło się  smutno i szaro. Stawałam na końcu autobusu i długo patrzyłam, a on coraz bardziej się oddalał , aż w końcu znikł całkowicie za horyzontem.

Nie potrafiłam pokonać strachu przed wodą. Porzuciłam treningi, i tym samym skończyła się moja wioślarska miłość.

W ostatniej klasie podstawówki “czterdziestolatek” był dla mnie synonimem wieku do którego teoretycznie się nie dożywa. Im bliżej mi było do owej magicznej granicy, mój osąd łagodniał. Teraz, mając skończone 45 lat, czuje jakbym przeżywała drugą młodość. Jestem wolna, nikt mi niczego nie może zakazać (no może poza panem policjantem hi hi) Mój syn jest już prawie dorosły. Radzi sobie sam. Mam mnóstwo czasu dla siebie, mogę realizować swoje pasje. Bo jak mówi mądre przysłowie pszczół: wiek średni to czas gdy kłos doświadczeń jest już ciężki, ale łodyga jeszcze mocna. A może bardziej przekornie, kobieta jak winno – im starsze tym lepsze….

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.