Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

Przez pierwsze trzy dni tygodnia byłam wszystkim; sprzątaczką, praczką, prasowaczką (o ile istnieje takie słowo), kierowcą, tragarzem. Dźwigałam ciężkie kartony z piwnicy do mieszkania na drugie piętro, przestawiałam meble. Pracowałam jak nie jeden facet.

Trzy dni intensywnej fizycznej pracy, przypłaciłam totalnym zmęczeniem co zaowocowało całkowitą niechęcią    do uprawiania karaoke w aucie.  Wracając wczoraj  z pracy myślałam o swoim braku asertywności. Dlaczego nie potrafię odmówić? Tak po prostu powiedzieć, grzecznie a dobitnie-  jestem za  stara na takie dźwiganie.  I już.

Człowiek czuje się młody duchem, ale jednak fizycznie  starzeje się. Niedawno sama malowałam mieszkanie, przestawiałam  wielką narożną  kanapę. Teraz, troszkę fizycznej pracy i padam ze zmęczenia.

Cieszyłam się na  dzisiejszy dzień, wolny od pracy. Nie jestem śpiochem, nie potrafię wylegiwać się do godzin przedpołudniowych, ale   kiedy podczas wczorajszej kolacji  syn powiedział

– mamo, jutro śpisz do bólu, odpoczniesz – uśmiechnęłam się do swoich myśli.  Tak, jutro odpocznę.

Niedawno w jakiejś babskiej gazecie wyczytałam, że należy spać pod    pościelą w kolorach pastelowych. Pomyślałam,  może  mój sen jest taki  płytki i niespokojny, bo śpię pod ciemną pościelą?    Idąc za tą radą, kupiłam w cenie promocyjnej za jedyne 22 zł białą pościel , gdzieniegdzie ozdobioną czerwonymi makami. Nie wiem czy to efekt  świeżej pościeli czy raczej mojego fizycznego zmęczenia. Nie ważne. W każdym bądź razie zasnęłam jak kamień.

Ranek. Wybudziły mnie nagle  dźwięki muzyki, tak głośnej, że na łóżku usiadłam błyskawicznie. W pierwszym momencie nie wiedziałam o co chodzi, czyżby mój syn oszalał? Zerknęłam na godzinę w telefonie 6.50.  Ubrałam szlafrok, powiedzmy szlafrok. Skrawek niebieskiego materiału zakrywający co nieco. Otwieram balkon. Nadsłuchuję. Muzyka dobiega z mojego pionu. Otwieram drzwi wejściowe do mieszkania.  Na klatce schodowej jak na dyskotece. Mądra Grażyna, na bosaka w szlafroku   idzie za muzyką. Drogą nasłuchu ustaliłam skąd dobiega – sąsiad z pod ósemki. Dzwonie.  Raz, drugi i trzeci. Nic.  Stoję jak ten palant i  czekam.  W końcu drzwi  otwierają się.

– czy ja muszę słuchać Twojej muzyki? – pytam z nieukrywaną złością.

Młody człowiek patrzy na mnie, uśmiecha się zadowolony

– może pani wejdzie?

Zamurowało mnie. Spuściłam głowę i dopiero do mnie dotarło, że stoję  na bosaka  w dość nieprzyzwoitym stroju. Nic mi nie pozostało jak szybka ewakuacja.

Do 9 raczył mnie swoimi ulubionymi kawałkami. Uroki mieszkania w blokowisku. Jeszcze tak niedawno, wychodziłam na balkon z kubkiem kawy i patrzyłam na piękny las Rotmanki. Teraz stoi tu blok na bloku.

Jak każdej kobiecie, która pracuje zawodowo dzień mijał pracowicie. Gotowanie, sprzątanie i oczywiście zakupy. Na pobliskim ryneczku kupiłam  świeżą fasolkę szparagową. I wiem, że przytyłam, że nie mieszczę się w kupione w zeszłym roku białe lniane spodnie, a mimo to nie potrafiłam sobie odmówić obtoczenia fasoli w bułce tarte.

Podczas gotowania obiadu zerknęłam na moją rybkę – Felka II.  Nie żył . Leżał na kamyczkach pomiędzy dwiema muszelkami . Dostałam go od syna  1 kwietnia. I ta jego śmierć totalnie mnie rozwaliła.  Do niczego się nie nadaję. Piszę – nie potrafiąc pisać. Robię zdjęcia  które są do dupy. I nawet nie potrafię hodować rybek. Sama skazałam go na śmierć, doskonale wiedziałam, że bojowniki nie mogą żyć w szklanej kuli, a mimo to mieszkał w niej.

Jestem zmęczona i już sama nie wiem czy sobą czy tym co mnie otacza.

Człowiek lubi poszaleć od czasu do czasu, zdecydowanie jednak lubi to codzienne poczucie bezpieczeństwa, spokój i jakże nudną przewidywalność. Choćby tę, że rano wstanie słońce, że po burzy pojawia się tęcza, że osiedlowy sklepik otwierają o szóstej, a co miesiąc na konto wpływają jakieś pieniądze.

Dlatego jestem zmęczona? Bo wstaję  wcześniej, bo dawno nie było burzy, bo w sklepiku wszystko jest droższe, a pieniądze jakby już nie te…bo stale mi coś nie wychodzi, bo piszę nie tak jakbym chciała, bo przerastają mnie pewne rzeczy z którymi w żaden sposób nie mogę sobie poradzić. Bo bez wytchnienia  walczę, żeby było co włożyć do lodówki, o syna  żeby wyrósł na ludzi. Bo jak ta lwica  walczę o kasę na zapłacenie rachunków. Zmęczyło mnie te szarpanie przez życie. Zmęczyła mnie własna nieudolność.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.