Krótka historia pewnej książki

Leżała w satynowej pościeli upstrzonej dziwnymi zawijasami przypominającymi ni to klucz wiolinowy, ni to paragraf. Nie mogła zasnąć w tą upalną  noc. Przewracała się z boku na bok, kontemplowała tańczące na suficie światła aut, w końcu wstała i otworzyła drzwi balkonowe. Chwilę popatrzyła w czerń nocy, zrzuciła koszulę i położyła się nago. Lubiła chłodny dotyk satyny.

Pokój pachniał migdałami. Jak zwykle po kąpieli natarła ciało balsamem. Panowała błoga cisza. Firanka muskana delikatnymi pocałunki wiatru drżała. Wysunęła nogę spod  kołdry, i przez chwilę przyglądała się pomalowanym na czerwono paznokciom.  Była sama ale nie czuła się samotna.

Ciszę zakłócił płacz dziecka z sąsiedniego bloku. Jakaś kobieta zastukała obcasami niczym dzięcioł. W oddali zaszczekał pies. Po chwili sąsiad głośno puścił muzykę. – Uroki życia w blokowisku – pomyślała. Zamknęła oczy chcąc odizolować się od otaczającego ją świata.

Myślami poszybowała w stronę dzieciństwa, do wsi gdzie spędzała  beztroskie chwile. Najbardziej utkwiła jej w pamięci duża kuchnię w wiejskim domu cioci. Pod oknem stał dębowy prostokątny stół, przykryty grubą ceratą w małe bukieciki kolorowych kwiatków. Cerata była stara, w niektórych miejscach okaleczona, pocięta nożem. To zasługa dzieci, które bezpośrednio na niej kroiły chleb.

Kuchenne okno było drewniane, pomalowane białą olejną farbą. Wyjątkowe duże, a może jej się tylko tak wydawało, podzielone na dwie równe części. W jednej z nich był  lufcik zamykany  na mały haczyk.  Nie było firanki ani zasłon, bo po co zasłaniać cudowny widok jaki z niego rozpościerał się.

Na pierwszym planie skrawek podwórka z jasnozieloną przystrzyżoną trawą. Gdzieniegdzie niewielkie kępki żółte, przygaszone, wyblakłe od słońca. Na drugim planie przechylony ze starości płot z pordzewiałej siatki trzymającej się cudem spróchniałych belek. Każdy mocniejszy podmuch wiatru targał płotem, ale on dzielnie się trzymał. Odgradzał podwórko od  zboża.

Widok za oknem zmieniał się wraz  porami roku. Wiosną, kiedy zboże dopiero co wschodziło przeważała  soczysta  zieleń. Latem kiedy zboże dojrzało, ciężkie kłosy falowały w promieniach słońca. Złote płótno pola poznaczone było czerwonymi i niebieskimi plamkami. To maki i chabry, których ziarna ukryły się zimą pomiędzy kłosami zboża, wystawiały twarze do słońca.

Na końcu pola stało samotne drzewo – grusza. Z roku na rok dziczała rodząc coraz więcej małych dziwnie zdeformowanych dzieci.

Czasami widok z okna jej nie wystarczał. Przecinała wtedy podwórko, otwierała sędziwą furtkę znajdującą się przy drewnianej stodole. Przystawała kładąc dłoń na rozgrzanych starych deskach, pachnących smołą i lasem. Palcem wodziła po sękach.

Wąską, piaszczystą ścieżką, wcinającą się pomiędzy zboże i ziemniaki, szła w stronę samotnej gruszy. Dopiero z bliska było widać jak ogromne jest to drzewo. W upalne lato pod jej konarami panował miły cień, a kiedy padał deszcz korona drzewa stanowiła gigantyczny parasol. Wspinała się na palcach żeby zerwać gruszkę. Owoc był twardy ale niesamowicie słodki.

c.d.n

Ten wpis został opublikowany w kategorii Z szuflady dojrzałej kobiety. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.