Trzy pomarańcze

Kiedy zaczyna się czekanie? Czy może od momentu oczekiwania na pierwszy dzień w przedszkolu? A może od czasu pierwszej miesiączki?  Na pierwszą w życiu prawdziwą randkę zaprawioną emocjami i tym niepowtarzalnym dreszczem pod skórą? Na wyniki egzaminów? Na wpis do indeksu? Na Niego? Na szepty? Na seks? Na wynik testu ciążowego?

Gdy sięgnę pamięcią wstecz,  zawsze na coś czekałam. Nigdy od życia nie dostałam czegoś od razu, tak podane na talerzu. Pstryk! mówisz, masz. Moje czekanie trwało miesiącami, czasami latami. Długo czekałam na pierwszą lalkę, której później obcięłam włosy, ku mojemu zdziwieniu nie odrosły.  Na pierwszy zegarek, który dostałam na osiemnaste urodziny od brata. Dziewięć lat czekałam na mojego syna.  Później czekałam na mieszkanie.

Każde czekanie  jest inne, ma inny ładunek emocji i wrażeń, inne kolory i zapachy.

Jedna z cech ekstrawertyka (którym jestem) jest to, że mówi szybciej niż pomyśli. Pewnego dnia rzuciłam – zrobię wystawę swoich zdjęć w kuchni.  Przyjaciele i znajomi przyklasnęli. Obiecali być. Nie mogłam się wycofać.

Czas od zamysłu do realizacji upłynął pracowicie. Po pracy jeździłam po sklepach wybierać farby.  Gdy malowałam kuchnie, oprawiałam zdjęcia w antyramy, pomysł wydawał mi się żartobliwy. W dniu wystawy   nie było mi wcale do śmiechu. To było głupie. Wystawa w kuchni. Wariatka i już. Lecz słowo się rzekło, kobyłka stała u płotu.

W dzień wystawy odliczałam godziny, minuty, sekundy do siedemnastej. Serce waliło jak młot. Wcześniej przygotowana przemowa uleciała. I po co mi to było? Po co mi takie emocje? Czekałam na gości jak na ścięcie.

Oczywiście jak to zwykle bywa nie wszyscy przybyli, a szkoda bo  ten dzień naprawdę był dla mnie bardzo ważny.  Przyszli za to ci, których poznałam całkiem niedawno. W sieci. Do tej pory wymieniliśmy paroma  mailami.

Wystawa, wystawą, urzekło mnie zupełnie coś innego. Wydawało mi się, że ludzie nie mają dla siebie czasu, że nie czytają mojego bloga, a jeśli nawet czytają to robią to pobieżnie, nieuważnie, po łebkach.

Goście przyszli punktualnie. Ewa na powitanie wręczyła mi niewielką torbę papierową z pomarańczami. Uwielbiam pomarańcze. Pisała o tym wiele razy na blogu.

Po prezentacji zdjęć, kiedy opadły emocje i ustąpiła trema, poczułam się swobodnie.  Spytałam  Ewę, skąd pomysł właśnie z pomarańczami? – Długo zastanawiałam się co powinnam przynieść na pierwszą wizytę – odpowiedziała – i doszłam do wniosku, że sprawię ci nimi radość, pisałaś, że je lubisz.- Wtedy dotarło do mnie, że jednak mimo braku komentarzy, mój blog jest czytany.

Położyłam je sobie na  stole i  długo o tym myślałam. Nie musiała nic przynosić, a jednak sprawiła mi wielką przyjemność tymi owocami. Trzy zwykłe pomarańcze, dla mnie dowód na to, że ktoś mnie słucha/czyta ze zrozumieniem. To cenię najbardziej.

A wernisaż? Siedząc przy kawie, śmieliśmy się, że skoro lubię akt, to następna wystawa odbędzie się w sypialni. Brakuje mi jedynie modelek i modeli. Może kiedyś. Kto wie.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.