Wypad pod namioty

Odebrałam auto z naprawy. Szczęśliwa, że stoi już pod domem, dokonałam małego przeglądu przed wypadem na łono natury. Płyn do chłodnicy, płyn do spryskiwaczy. Sprawdziłam nawet na bagnecie  stan oleju (chyba tak się nazywa ten drucik z podziałką min-max ) Wygląda na to, że silnik mojego auta był pierwszym silnikiem na ziemi, wróć, w całym wszechświecie, obywającym się bez oleju.

Na moje szczęście w bagażniku miałam litrową butelkę. Wlałam całą. Na czubku bagnetu pokazała się pierwsza oleista kropla. Myślę, że jak na kobietę to jestem całkiem zdolną babeczką. Nie pomyliłam żadnych wlewów, olej trafił do silnika itd. Moje ręce wyglądały jak  mechanika.

Zabrałam się za prostowanie dachu. Położyłam się na tylne siedzenie i nogami powoli delikatnie zaczęłam wypychać wgniecenia (jakiś czas temu anonimowy kretyn potraktował go jako trampolinę) Nie do końca mi się udało, ale wygląda znacznie lepiej.

Dumna z siebie przystąpiłam do pakowania. Ponieważ nie posiadam śpiwora, postanowiłam zabrać  dwie kołdry, jedną pod spód, drugą do przykrycia. W graciarni znalazłam karimatę, którą też  zabrałam. Grill,  namiot, stolik, rzeczy na przebranie. Schodziłam do auta trzykrotnie. Honia dołożyła swoje graty i tym sposobem wypełniłyśmy dość duży bagażnik po same brzegi. Jedna noc a rzeczy miałyśmy jakbyśmy wybierały się co najmniej na tydzień.

Po drodze zajechałyśmy do sklepu. Honia kupiła namiot, jedzenie i oczywiście odpowiednie płyny. Wyposażone ruszyłyśmy w dalszą podróż. Przyjaciółka od dawna jest moim pilotem. Mylę kierunki. Jeśli mam skręcić w lewo, skręcę w prawo, i na odwrót.  Honia zaś nie uznaje skręcania – jedziemy do przodu – mówi na każdym skrzyżowaniu.

Dwie białogłowy uwielbiające jeździć pod prąd, mylące kierunki, robiące różne dziwne rzeczy, które raczej obce są facetom, trafiły bez pudła. Zatrzymałam się jedynie raz, zapytać o drogę. Napotkany człowiek na poboczu, krzyknął mi wprost do ucha – prosto, pani jedzie prosto.

Postawienie  namiotu wcale nie było katastrofą. Na masce samochodu położyłam instrukcję, na  szczęście obrazkową, i przystąpiłam do rozkładania pomarańczowej płachty.

Poczułyśmy ssanie w brzuchach. Czas pomyśleć o grillu. Okazało się, że nie wzięłam wszystkich śrubek do przykręcenia nóg. Polak potrafi, albo raczej kobieta potrafi. Po co nóżki? Nasz grill po prostu leżał na ziemi.

Przy grillu raczyłyśmy się schłodzonym w jeziorze piwem, a karkówka i kiełbaski przyprawione przez przyjaciółkę były palce lizać. Trzymałyśmy się obie za brzuchy. Mocne postanowienie poprawy – od poniedziałku dieta. Tylko nie ustaliłyśmy jeszcze od którego.

Nasza pierwszą wyprawę uznałyśmy za bardzo udaną. Już teraz wiemy, że należy zabrać krzesła, niekoniecznie turystyczne, bo kiepsko konsumuje się na stojąco.  Ostry nóż, bo plastikowym trudno kroić pomidory i ogórki. Lista niezabranych rzeczy byłaby dość długa. Oczywiście ryb nie łowiłyśmy, bo żadna z nas nie pomyślała o przynęcie.

Mówią, że właściciele psów upodobniają się do swoich właścicieli. Mnie i Maksa łączy jedno boimy się wody. Ja zanurzam się do kolan, Maks mimo, iż Goldeny uwielbiają pływać nie oddala się od brzegu. Najlepiej wychodzi mu kąpiel błotna. Do dzisiaj nie mogę doprowadzić jego sierści do stanu poprzedniego.

Nastał wieczór, zrobiło się ciemno i głucho. Strach mnie ogarnął.
– Mam psa obrońcę – pomyślałam – tak, takiego, który łasi się i cieszy na widok każdego człowieka.  – Pamiętaj w razie coś wyślij smsa „Pomocy” – rzuciła na odchodnym Honia i wpełzła do swojego namiotu.

W nocy obudziła mnie potrzeba. Za dużo wypitego piwa. Wykaraskać się z miniaturowego namiotu było nie lada wyczynem. Do otworu wyjściowego pchałam się ja i Maks.  Biedaczysko sam nie chciał zostać. O mały włos a nie rozwalilibyśmy bazy.

Nastał ranek. Wstaliśmy nieco połamani ale jednak zadowoleni.

c.d.n

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.