Praca czyni wolnym

Zeszłego roku natrafiłam w gazecie na ogłoszenie: „ogrodnictwo przyjmie kobiety do pracy przy taśmie”. Miałam nóż na gardle. Od dawna nie mogłam znaleźć pracy. Moje CV trafiały  przeważnie do kosza, a jeśli już doszło do rozmowy kwalifikacyjne, to kończyła się ona fiaskiem. Dyskwalifikował mnie wiek.

Zadzwoniłam. Młody przyjemny męski  głos  poinformował mnie, że mogę przyjechać i zobaczyć na czym polega praca. Bez zwłoki wskoczyłam w auto.Miałam niedaleko.

Piękny parterowy biały dom, otoczony zadbanym ogrodem. Przystrzyżona trawa i krzewy idealnie współgrały ze sobą. Z tyłu domu wielkie hale. Młody człowiek przy terenowym samochodzie. Podeszłam bliżej. Przedstawiłam się wyciągając rękę. Nie krył zdziwienia. Po chwili zapytał
– Czy pani kiedyś pracowała?
– Tak – odpowiedziałam –  w biurze ponad dwadzieścia lat.

Przez chwilę milczał, aż w końcu wydukał – Pani tutaj nie pasuje.
Popatrzyłam na niego ze zdziwioną miną. –  Pokażę pani  na czym polega ta praca.

Weszliśmy na halę.  Maszyny, taśmociągi transportujące marchew. Przy taśmach kobiety.  Hałas tak duży, że nawet krzycząc nie potrafiliśmy zrozumieć co do siebie mówimy.

Odeszliśmy kawałek. Podszedł do nas starszy mężczyzna,  jak się później  okazało ojciec młodego człowieka.  Zaczęliśmy rozmawiać. Widocznie wzbudziłam ich zaufanie, bo starszy pan oprowadził mnie po całej hali, pokazując dokładnie wszystkie urządzenia. Stanęliśmy razem przy taśmociągu, a on  pokazywał jaką marchew należy wyrzucać.

Popatrzyłam na pracujące tam kobiety. Po trzy z każdej strony taśmy. Większość starsza ode mnie, tak je wtedy oceniłam. Grubo ubrane, w kaloszach, kozakach z gumowymi rękawiczkami na dłoniach. Pracowały pośpiesznie, bez odrywania oczu od taśmy, a taśma pędziła niemiłosiernie.

Po prezentacji  jeszcze długo przed domem rozmawialiśmy. Do dzisiaj pamiętam jedno zdanie: „Wie pani, tu pracują ludzie którym się nie udało życiowo”. Do dzisiaj zastanawiam się (choć teraz już rzadziej) co znaczyło to stwierdzenie.  Czy mamy wpływ na to, że w życiu nam się uda czy nie? Może wszystkim rządzi po prostu ślepy los?

– Dopóki pani niczego nie znajdzie, zatrudnię panią przy marchwi, praca przy porze jest cięższa. Płace pięć złotych na godzinę. Wypłata po każdej dniówce – skończył naszą rozmowę. Nie było oczywiście mowy o żadnej umowie. Na drugi dzień, z samego rana stawiłam się do pracy.

W pomieszczeniu obok hali stał wielki metalowy zbiornik. Tam wrzucano marchew do pierwszego mycia . Później trafiała ona do drugiego zbiornika, płytszego, przypominającego swym kształtem patelnię. Z niego trafiała na taśmociąg, i śmiesznie podrygując pędziła w naszą stronę. Hałas, woda, chłodna betonowa posadzka, przeciągi, i my sortujące marchew.

Pracowałyśmy po kilkanaście godzin (minimum dziesięć) z jedną półgodzinną przerwą śniadaniową. Nie można było sobie pozwolić na dłuższe posiedzenie. Na zwolnienie świetlicy czekały już następne dziewczyny, które pracowały przy porze. Zresztą synowie i żona właściciela robili za kapo. Czasami wydawało mi się, że trafiłam do obozu pracy.

Mocno zdziwiłam się gdy dowiedziałam się, że żona właściciela kiedyś sama pracowała przy zbiorze marchewki. Właściciel przetwórni zakochał się w niej, i tak oto została majętną kobietą. Bardzo szybko zapomniała jak ciężko pracuje się w polu. Nie miała za grosz dla nas litości. Goniła wszystkie pracownice, stale okazując niezadowolenie.

Samo stanie przy taśmie i przebieranie marchwi nie było straszne. Monotonna praca. Tylko ta zimna woda, przeszywający chłód i hałas. Ubierałam się grubo, kilka swetrów, grube skarpety. Nie pomagało. Jeszcze długo po nocach śniła mi się ta ociekająca lodowatą wodą marchew.

Długo czułam, że nie jestem akceptowana przez dziewczyny. Większość z nich była Ukrainkami.  Nie miały tutaj rodzin. Przychodziły do pracy również w niedzielę.  Były też Polki. Zaniedbane, zniszczone, z pomarszczonymi twarzami. Popracowały parę dni, przepijały co zarobiły, a kiedy wytrzeźwiały wracały do pracy, żeby ponownie zarobić na alkohol.

Sama nie wiem czy to moja ambicja, czy może potrzeba pieniędzy, ale musiałam im udowodnić, że też potrafię stać po kilkanaście godzin po kostki w wodzie. Zaciskałam zęby, ale stałam przy taśmie przebierając marchew zgrabiałymi rękoma.

Doskonale pamiętam kiedy zostały przełamane pierwsze  lody. Przyjechałam do pracy rano, jak zwykle ostatnia, bo przejazd na Oruni zawsze był zamknięty. Dziewczyny stały przed halą nie przebrane. Nie mogłyśmy  pracować, szef spodziewał się kontroli. Zapadła decyzja,  mamy iść na spacer w pole. – Dobre sobie – pomyślałam – spacerować w deszczu.

Zaproponowałam dziewczynom, że  zabiorę je do siebie, a jak skończy się kontrola szef zadzwoni po nas. Oczywiście zapowiedział, że za stracone godziny nam nie zapłaci.

Podczas kawy rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się o nich więcej. Były młodsze ode mnie, każda z ogromnym bagażem doświadczeń. Chyba dopiero tam u mnie w domu zaufały mi.

Wyznały mi, że nie darzyły mnie sympatią bo jeździłam autem. Bo ubierałam się lepiej od nich. Bo nie chciałam pracować w niedzielę. Byłam dla nich z innego świata. Wytłumaczyłam im, że sześć dni w tygodniu po dwanaście godzin wystarczy. Jeden dzień musi być na odpoczynek, na dom, na posprzątanie, ugotowanie.

Wróciłyśmy do pracy około trzynastej odmienione, uśmiechnięte, zadowolone, a co najważniejsze zaprzyjaźnione z sobą.

Powiadają, że w grupie jest siła, i to jest prawda. Zaczęłyśmy tworzyć zgrany zespół, a ja stanęłam na jego czele. Można było powalczyć o swoje prawa. Jako, że szefowa nie chciała słyszeć o drugiej przerwie na kawę czy papierosa, zaproponowałam rozwiązanie. Początkowo dziewczyny były przestraszone, i przekonane, że to się nie uda.

Około szesnastej  pod pretekstem wyjścia do toalety, wstawiałam wodę na kawę i przygotowywałam kubki. Do planu dopuściłyśmy chłopaka, który jeździł sztaplarką. Na mój znak podjeżdżał sztaplarką blisko jadłodajni i zalewał kawę. Nieco później, każda z nas, pojedynczo aby nie wzbudzić podejrzeń, szła niby do toalety, i wracając przemycała pod swetrem swój kubek. Chowałyśmy go pod taśmą, i ukradkiem piłyśmy szybko stygnącą  kawę.

Operacja palenie zaczynała się od sprawdzenia czy teren jest czysty, a więc czy nie ma synów i żony szefa. Jedna z nas kucała pod taśmę paląc papierosa a my w tym czasie pracowałyśmy za nią,  pilnując czy nikt nie nadchodzi. Czasami nie udawało się, i paląca dostawała marchewką po głowie od brygadzisty. Poczciwego wysokiego mężczyzny z brodą.

Podczas przestojów wieziono nas ciężarowym samochodem do innego domu. Kierowca zawsze pędził jak szalony. Pewnego razu tylne drzwi otworzyły się, i o mały włos nie wytrząsnął nas na drogę jak jabłka z koszyka.

W tym drugim domu kisiło się kapustę. Na podwórzu stały kadzie z brudną wodą, walały się plastikowe wiaderka po kiszonej kapuście i ogórkach. Dostawałyśmy małe zmiotki, takie jakimi zamiata się podłogę w domu, i w tej zimne brudnej wodzie myłyśmy wiaderka. Ręce nam kostniały.  Cóż można było robić w takich momentach?  Kiedy już nie wytrzymywałyśmy z zimna, i byłyśmy bliskie płaczu, zaczynałam śpiewać przeważnie „szła dzieweczka do laseczka” .

Późnym wieczorem wszystkie kobiety zbierały się pod domem właścicieli. Dzwonek do drzwi, wychodziła obrażona na cały świat królowa i wypłacała nam łaskawie jałmużnę. Pięć złotych za godzinę.

Po pół roku definitywnie pożegnałam się z obozem pracy. Przyjaciółka załatwiła mi inną pracę. Kiedy pojechałam pożegnać się z dziewczynami, szczerze podziękowałam brygadziście za uświadomienie mi jak wygląda ciężka praca.

Obóz bez zasieków pod prądem, wieżyczek, strażników z psami, za to z obozowym komendantem – szefowa, i brygadą kapo – synów szefa. Przy obecnym poziomie bezrobocia, właściciele takich obozów pracy, mogą pozwolić sobie na płacenie żebraczych stawek. Bez umowy, ubezpieczenia, po kilkanaście godzin na dobę, w koszmarnych warunkach. Nie chcesz? Nie pracuj, są tysiące innych chętnych na twoje miejsce. Niestety do garnka trzeba włożyć, opłacić mieszkanie, prąd, gaz. I tak się rodzi niewolnictwo 21 wieku.

Wtedy nauczyłam się patrzeć na ceny w sklepie. Pieniądze zarabia się cholernie ciężko, a wydaje bardzo łatwo. Jeśli coś kosztowało dziesięć złotych, to musiałam na to pracować dwie godziny. Dla wielu z was czytających te słowa dziesięć złotych to nic, drobne w kieszeni. Z całego serca życzę wam abyście nigdy nie poznali smaku pracy za 5 zł za godzinę.

Swój wpis dedykuje wszystkim bogatym ludziom, którzy są nieszczęśliwi bo nie wiedzą co mają począć w życiu. Co jeszcze sobie kupić, jakie zaspokoić żądze.

Dedykuje też politykom obiecującym nam gruszki na wierzbie, kolejny raj. Bo razem zrobimy więcej, bo zasługujemy na więcej, bo wiemy co trzeba zmienić….

Praca uszlachetnia. Niedługo zaczyna się sezon marchewkowy.

ps. Po tygodniu zadzwoniła do mnie jedna z koleżanek. Pytała co u mnie słychać. Pod koniec rozmowy powiedziała –  bardzo nam Ciebie brakuje, twoich pomysłów i twojego śpiewania.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Praca czyni wolnym

  1. jula :D pisze:

    próba 😀
    Dlaczego komentarza nie przyjmuje?…

  2. jula :D pisze:

    próba 😀
    Dlaczego komentarza nie przyjmuje?…

  3. jula :D pisze:

    😆 Jest!…
    Chciałam napisać ,że jesteś bardzo dzielna dziewczyna, ale się chyba już powtarzam z „kartki”. ludzie są różni , są uczciwi ale inni też. Są tacy co pomogą ale i tez tacy , co wykorzystują innych w ich trudnych sytuacjach. .. Masę przykładów tak z życia jak i z autopsji tez mogłabym podać, taka ludzka natura. I to wcale nie ważne , czy to znajomi, czy rodzina, bo czasami zupełnie obcy ludzie pomogą w tych trudnych czasach z tego „dna” wyjść nawet dosłownie podając rękę !… Pa! 😛

  4. jula :D pisze:

    😆 Jest!…
    Chciałam napisać ,że jesteś bardzo dzielna dziewczyna, ale się chyba już powtarzam z „kartki”. ludzie są różni , są uczciwi ale inni też. Są tacy co pomogą ale i tez tacy , co wykorzystują innych w ich trudnych sytuacjach. .. Masę przykładów tak z życia jak i z autopsji tez mogłabym podać, taka ludzka natura. I to wcale nie ważne , czy to znajomi, czy rodzina, bo czasami zupełnie obcy ludzie pomogą w tych trudnych czasach z tego „dna” wyjść nawet dosłownie podając rękę !… Pa! 😛

  5. Norbert pisze:

    Chylę czoła przed Twoją wytrwałością

    • graszka pisze:

      Dzięki. Dzisiaj miłego słowa bardzo mi potrzeba. Dziesięć godzin sprzątania domu po remoncie – zarobiłam 100zł . Cieszę się, ale kiedy patrzę na zmęczone i zniszczone dłonie jakoś ta stówa stoi mi „w gardle”

  6. Norbert pisze:

    Chylę czoła przed Twoją wytrwałością

    • graszka pisze:

      Dzięki. Dzisiaj miłego słowa bardzo mi potrzeba. Dziesięć godzin sprzątania domu po remoncie – zarobiłam 100zł . Cieszę się, ale kiedy patrzę na zmęczone i zniszczone dłonie jakoś ta stówa stoi mi „w gardle”

  7. Pingback: To był dobry rok | orunia.org

  8. Pingback: To był dobry rok | orunia.org

Możliwość komentowania jest wyłączona.