Ludzie starej daty

Jadąc wczoraj do pracy myślałam o moim blogu. Zaniedbałam go. Coraz mniej piszę.  Widok lasu   na Rotmance, który w słońcu mienił się barwami złota, nastroił mnie pozytywnie. Postanowiłam, że napiszę o zeszycie, który prowadzę od niedawna. Niestety mój nastrój szybko prysł.

– Pani Gabrysiu, zmiana planów – tymi słowami przywitała mnie starsza Pani. – O jedenastej pojedziemy do szkoły po mojego wnuka, zawieziemy go do lekarza. Zobaczymy jak się będzie czuł. Wrócimy do domu albo zawieziemy go do szkoły.
– Dobrze – odpowiedziałam potulnie mimo, że nie spodobało mi się to.

Po pierwsze forma. Uważam, że starsza Pani powinna zapytać, czy mogłabym z nią pojechać, a nie oznajmiać. Do moich obowiązków nie należy robienie za taksówkę, a poza tym stan techniczny mojego auta pozostawia wiele do życzenia.

Jeżdżę z duszą na ramieniu. Od dawna bez przeglądu. Tylni amortyzator wybił dziurę w bagażniku i robi za perkusistę. Klocki i tarcze do wymiany, a ostatnio w przednim lewym kole pękła sprężyna. Na domiar złego jeżdżę na łysych oponach, każda z innej parafii, w tym dwie zimowe.

Powinnam odmówić, ale jak zwykle z moją asertywnością jest bardzo kiepsko.  Pracowałam ale cały czas wałkowałam to w głowie. Odmówić? Nie odmówić? Odmówić? W końcu to było chore dziecko. Przed jedenastą zdenerwowana starsza pani ponagliła mnie, i pojechałyśmy.

Stukocząc i popiskując dotarłyśmy do przychodni na ulicy Góralskiej. Okazało się, że to wielkie choróbsko, o którym słuchałam przez całą drogę, to zwykłe przeziębienie. Przed trzynastą wróciliśmy w trójkę do domu, a ja zajęłam się swoimi obowiązkami.

Wyjątkowo o czternastej wróciła z pracy matka chorego chłopca, a moja pracodawczyni. Zamieniłyśmy parę zdawkowych słów. Nie powiedziała słowa „dziękuje”. Ani ona, ani starsza Pani. Nikt. To nie leżało w zakresie moich obowiązków. Zostałam zmuszona do zrobienia przysługi. Zabolało mnie to.

Magiczne słowo „dziękuję”. Jego wypowiedzenie nic nie kosztuje, a tak wiele dobra może sprawić.  Nawet nie  spytano mnie ile spaliłam benzyny. Łatwy rachunek – 20 kilometrów – dwa litry – dziesięć złotych. Dla nich to może szczegół, dla mnie równowartość  godziny mojej pracy.

I druga historia, która przytrafiła mi się całkiem niedawno. To była niedziela, jechałam autem kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu nieznany numer.  Odebrałam.

To był dyrektor mojej szkoły podstawowej, Pan Zaremba, obecnie na emeryturze. Pochwalił moje pisanie na portalu Moja Orunia, i poprosił o (ponowne) podanie adresu mojego bloga. To były bardzo miłe słowa, zwłaszcza, że padły z ust Pana Zaremby. Dlaczego o tym piszę? Bo zdumiała mnie jedna rzecz. Pan Dyrektor zadał sobie naprawdę dużo trudu, żeby móc to uczynić.

Na pogrzebie mojej sąsiadki podałam mu adres mojej strony, wspominając, że czasami umieszczam niektóre teksty na oruńskim portalu. Pan dyrektor nie znalazł w sieci mojego bloga, widocznie źle zapamiętał adres, ale przeczytał wpisy na portalu, w tym „Ostatnią lokatorkę”. Postanowił do mnie dotrzeć, żeby osobiście ze mną porozmawiać, i podziękować mi, za to, że napisałam o nim.

Od sześciu lat nie mieszkam  na Oruni, odwiedził więc moją mamę. Mama powiedziała mi potem, że była to bardzo przyjemna i miła rozmowa. Była dumna gdy chwalił jej córkę. Pan Zaremba dostał od niej mój numer i nie zwlekając zadzwonił.

Moja pracodawczyni i dyrektor szkoły, dwa światy, dwie kultury, jakże różna postawa wobec drugiego człowieka. Bezinteresowność, empatia, zwykła potrzeba podziękowania, odwzajemnienia za sprawioną przysługę, przyjemność, pamięć?

Jeszcze są wśród nas ludzie, których określam mianem „ludzie  starej daty”,  którzy potrafią powiedzieć – było mi miło, dziękuje, i… przepraszam.  Niestety jest ich coraz mniej. Świat chamieje.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rozmyślania przy kawie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.