Kościół Św. Jana Bosko

W niedzielne poranki chodziliśmy na jedenastą do kościoła  pod wezwaniem św. Jana Bosko na Oruni. Mama, jak zwykle odświętnie ubrana, siadywała w ostatniej ławce, po lewej stronie. Ja  musiałam zajmować miejsce w pierwszym, czasem drugim rzędzie. Po prawej chłopcy, po lewej dziewczynki.

Zdarzało się, że miejsce Mamy było zajęte, nie musiałam wtedy maszerować pod sam ołtarz, tylko razem wspinałyśmy się drewnianymi, skrzypiącymi schodami na chór. To było wielkie przeżycie, bo wejścia strzegli ministranci, którym źle patrzyło z oczu. Mama była moją przepustką. Z chóru widać było cały kościół z góry, a za plecami grzmiały piękne organy.

Lata mijały. Stałam się podlotkiem. Do kościoła zaczęłam chodzić z koleżankami, przeważnie Małgosią i Dorotą. Ponieważ Mama brała udział we mszy o innej porze, zdarzało się nam do świątyni Pana nie dotrzeć. Zwłaszcza gdy była piękna pogoda.

Z domu z czerwonej cegły do kościoła z równie czerwonej cegły (neogotyk) był kawałek. Droga zajmowała nam dziesięć, piętnaście minut. Najpierw wyłożoną kocimi łbami ulicą Przy Torze. Potem tor przeszkód w postaci długiego, wyłożonego betonowymi płytami peronu.

To była nasza ulubiona zabawa –  stawianie kroków tylko na całych płytach. Przegrywała ta, która dotknęła popękanej, a że tych pierwszych było znacznie więcej niż tych drugich, było to karkołomne zadanie. Z peronu do kościoła było już tylko parę kroków ulicą Gościnną.

Czasami szłyśmy dołem, wąską ocienioną starymi lipami aleją placu Oruńskiego. W upalne dni panował tam przyjemny cień, a najmniejszy podmuch wiatru powodował miły dla ucha szelest.  Przefiltrowane przez korony słońce malowało fantazyjne wzory na bruku.

Kościół był niewielki. Wysoka na 43 metry wieża przypominała zatemperowany ołówek. Dźwięk kościelnych dzwonów błądził po pobliskich uliczkach, zaułkach, podwórkach, przynaglał spóźnialskich. Ciężkie drzwi kościoła, otwarte szeroko, przypominały paszczę wielkiej bestii połykającej wiernych.

Siadałyśmy jak najbliżej ołtarza. Punktualnie o dziesiątej wychodził ksiądz, a zaraz za nim  ministranci ubrani w komże. Obiekt naszych westchnień, ministranci znaczy, nie ksiądz. Zasiadali po dwóch stronach ołtarza, na drewnianych jasnych ławach,  bez oparcia, wyprostowani jakby połknęli świece. Tacy niedostępni, ze wzrokiem wbitym w księdza, i my po drugiej stronie barykady, ze wzrokiem wbitym w nich.

Zamiast słuchać mszy, szturchałyśmy się nawzajem, i komentowałyśmy szeptem który jest najprzystojniejszy. Bywało, że jeden podobał się całej naszej trójce. Ku naszej rozpaczy, oni w ogóle na nas nie zwracali uwagi. Nie widzieli świata poza ołtarzem i księdzem. Miłość nieodwzajemniona. Ból nie do zniesienia.

Dziewczyny uważały, że i tak byłam w lepszej sytuacji od nich. Mój brat był ministrantem, a więc należał do grona uwielbianych. Ale jak przyznać się bratu, że zakochuję się w ministrancie na domiar złego co niedziela w innym.

Jakiś czas trwały te nasze westchnienia . W końcu zrezygnowane odpuściłyśmy sobie chodzenie do kościoła.  Szłyśmy wtedy na spacer do parku Oruńskiego. Okrążałyśmy staw dwukrotnie i wracałyśmy pod kościół. Zawsze  na końcówkę mszy w momencie kiedy ksiądz dawał   błogosławieństwo na cały tydzień.

Nie wiem dlaczego, ale wtedy wydawało nam się, że to wystarczy. Musiało to być dla nas bardzo ważne, bo pamiętam, że kiedy byłyśmy na wysokości przychodni lekarskiej i widziałyśmy, że wierni przyklękają, prawie biegłyśmy żeby zdążyć.

Z kościoła wracałyśmy inną drogą – dawną ulicą Jedności Robotniczej, czyli obecnie Traktem św.Wojciecha. W połowie drogi było kino Kosmos.  Niski parterowy szary budynek, ze szklanymi drzwiami, do których były przymocowane metalowe rurki zamiast klamek. Na ścianach wisiały oszklone  gabloty, w których co tydzień wywieszano czarno białe fotosy z aktualnymi filmami. Przystawałyśmy oglądając je z zaciekawieniem.  Dla nas inny świat. Piękny, nierealny i tak odległy.

Z trudem odklejałyśmy się od gablot, i rozmarzone skręcałyśmy w ulicę Rejtana. Na tej ulicy nigdy nie było słońca. Była jak kanion, z obu stron napierały na nas wysokie, szare budynkami.  Dochodziłyśmy do strzeżonego przejazdu kolejowego, skręcałyśmy w prawo i już byłyśmy pod naszym domem z czerwonej cegły.

Na chwilę rozstawałyśmy się na obiad. Każdy taki powrót z kościoła  był podszyty strachem. Bałam się, że mama zapyta co było na kazaniu, albo jaki ksiądz odprawiał mszę.

Zupełnie zapominało się o nim, kiedy przychodziła następna niedziela.

Kiedy przychodził czas kolędy , a ulica Przy Torze podlegała pod kościół Św Ignacego, ksiądz z pewną nutką smutku, czasami złośliwości pytał dlaczego nie przychodzimy do tamtejszego kościoła.  Trudno to było  wytłumaczyć . Kościół Św Bosko był inny, prowadzony przez salezjan.

 W dorosłym życiu zaczęłam chodzić do kościoła, jednak najlepiej się czułam kiedy nikogo w nim nie było.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.