Za czym bardzo tęsknie?

Niedawno uświadomiłam sobie czego najbardziej mi brakuje, odkąd wyprowadziłam się z Oruni – świąt Bożego Narodzenia. Odkąd nie ma Taty, nie będzie już takich świąt jak wtedy. Pierwsza z rodzinnego gniazda wyfrunęła siostra, rok po niej brat. W domu z czerwonej cegły mieszkałam najdłużej, do lipca 2005 roku. Teraz Mama mieszka sama.

Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy u rodziców. Przychodziła siostra z mężem i dziećmi, Konradem i Anią , brat z żoną i synem Mikołajem, i ja z Krzysztofem i Karolem. Czasami bywało nas więcej, dochodzili moi teściowie, czasami teściowa brata.

Z biegiem lat Mama nie mogła podołać organizowaniu tak dużej imprezy rodzinnej, więc coraz więcej spraw spadało na mnie. To były zupełnie inne czasy. Aby zdążyć, generalne sprzątanie zaczynało się dwa tygodnie przed świętami.

Tydzień przed godziną zero, wystawało się w kilometrowych kolejkach, właściwie za wszystkim. Tato stawał w kolejce do mięsnego, w nocy. Rano szłam go zmienić. Do dzisiaj pamiętam ekspedientki, naburmuszone królowe, które tak umiejętnie żonglowały towarem, że dopiero w domu okazywało się, że zamiast mięsa kupiło się jedną wielką kość.

Lubiłam przedświąteczny czas. Czas mobilizacji. Czas sprzątania i gotowania. Nikt nie zamawiał potraw w restauracjach. Wszystkie dwanaście dań trzeba było zrobić samemu. Kiedy nadchodziła wigilia, byłam zmęczona ale bardzo szczęśliwa. Mieszkanie pachniało pierogami, makiem, smażoną rybą i świeżą choinką.

Odświętnie ubrani zbieraliśmy się w kuchni. Mama trzymała w ręku talerzyk na którym leżał opłatek. Podawała go najpierw ojcu, a później każdy z nas podchodził i brał biały kawałeczek. Składanie życzeń zaczynali rodzice.

Dzielenie opłatkiem kojarzy mi się ze łzami. Zawsze był jakiś powód. Nieobecność szwagra, który właśnie był w wojsku, innym razem choroba ojca, jeszcze innym moje karkołomne starania o ciążę. Po złożeniu życzeń, i ukradkowym otarciu łez przechodziliśmy do pokoju.

Dwa złączone stoły przykryte śnieżnobiałym obrusem, pod który zawsze wkładało się troszkę sianka. Porcelanowa zastawa w delikatne czerwone różyczki błyszcząca w świetle stołowej lampy. W kącie pokoju choinka udekorowana mnóstwem bombek, i rozświetlona niczym Titanic.

Do stołu siadaliśmy radośni. Rozmowom przeplatanymi żartami nie było końca. Przed północną rozstawaliśmy się, każdy wracał do domu, a ja padnięta ze zmęczenia kładłam się spać.

Nasze dzieci długo wierzyły w św. Mikołaja. Raz wpadłam na pomysł zatrudnienia studenta, i to był błąd. Młody człowiek, zdenerwowany, wyraźnie debiutant, zapytał Mikołaja (syna brata) czy był grzeczny? Mikołaj wpadł w histerię i zaczął straszliwie płakać, nie chcąc odebrać prezentu. Później bratowa wyjaśniła mi, że w tym dniu Mikołaj był niesforny, i stąd taka jego reakcja.

Syn, widząc płaczącego kuzyna, przeraził się i zamknął w sobie. Student przebieraniec nie wiedząc co czynić, pośpiesznie się ewakuował. Karol długo jeszcze wierzył w istnienie świętego, dopiero w szkole podstawowej, koledzy z klasy odarli go ze złudzeń. Podobnie padł mit bociana.

Nie wiem w którym roku, bratowa z bratem doszli do wniosku, że przygotowanie świąt przez jedną osobę (czyli mnie) to za duży wysiłek. Ustaliliśmy, że każda z nas przygotuje po trzy potrawy, w których zdobyła mistrzostwo świata.

Moim zadaniem było zrobienie śledzi w śmietanie, i karpia w pieczarkach. Siostra miała okazję popisać się (totalnie nie znaną w Grecji) rybą po grecku, oraz pierogami z kapustą i grzybami. Bratowej poszła w śledzie w oleju i cieście. Mama była niedościgniona w kluskach z makiem.

Dopóki mieszkałam w domu rodzinnym, dopóty trwała tradycja wspólnie spędzanych świąt. Siostrzeńcy pozakładali własne rodziny, ale mimo to spotykaliśmy się wszyscy w domu z czerwonej cegły.

W zeszłym roku, tuż przed świętami, zadzwoniła siostra, i zaprosiła na wigilię. Uprzedziła, że sama przygotuje wszystkie potrawy. Wystrojona w czarną elegancką sukienkę pojechałam na Osową. Było miło, ale inaczej, czegoś brakowało. Czegoś bardzo trudnego do określenia, a tym samym opisania. Owego niepowtarzalnego klimatu jaki panował w świąteczny czas w domu rodzinnym. Bardzo tęsknie za tym.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia, Rozmyślania przy kawie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.