Skarpety taty

Niedzielne popołudnie spędziłam na cmentarzu Oruńskim. Nie chciałam być sama, poprosiłam syna, żeby mi potowarzyszył. Ulice były wyludnione. Nikt się nie śpieszył, nie gnał. Czas płynął wolniej.

Jechaliśmy w ciszy. Każde zatopione we własnych myślach. Kątem oka widziałam, że syn co chwilę na mnie zerka, a ja nie potrafiłam powstrzymać łez. Płakałam płaczem cichym i bezsilnym, którego nie widać z oddali. Łzy zbierają się w kącikach oczu i powoli spływają po policzkach zostawiając słone ślady.
– Dlaczego płaczesz? – zapytał. Nie potrafiłam odpowiedzieć.
– Nie płacz, wszystko będzie dobrze – próbował mnie pocieszyć.

Spojrzałam na moje dorastające dziecko. Czasami zachowuje się tak jakby to on był moim ojcem, a nie ja jego matką.

Zostawiliśmy samochód dość spory kawałek od cmentarza. Bałam się, że nie znajdziemy miejsca. Poza tym czułam, że spacer na świeżym powietrze dobrze mi zrobi. Pozwoli ochłonąć.

W pobliżu cmentarza czuć już klimat nadchodzącego święta zmarłych. Piękne chryzantemy w kolorach jesieni, i znicze do wyboru do koloru. Krzątający się ludzie, jacyś wyciszeni, spokojniejsi, milsi dla siebie.

Długo nie mogliśmy zdecydować się na wybór kwiatów dla mamy koleżanki. Koleżanka mieszka za granicą, nie może więc przyjechać. Wysłała mi pieniądze, prosząc o przysługę. W końcu zapadła decyzja. Kupiliśmy bordowe i żółte chryzantemy.

Poszliśmy uporządkować grób, zapaliliśmy świeczki. Zerknęłam na pobliskie mogiły. Jedne z marmuru, inne z lastryko, ale też takie zwykłe mogiły, wzgórki uklepanej ziemi. Z pochylonym starym drewnianym krzyżem, obsypane złotymi liśćmi. Miejsce spoczynku tych o których już dawno zapomniano.

Stałam tam i wspominałam czas kiedy byłam małą dziewczynką. Na oruńskiej nekropoli leży pierwsza żona mojego taty i jej mama. Tamto święto zmarłych wcale nie było smutne, spotykała się cała nasza wielka rodzina. Niestety większości z nich już nie ma, starsi umarli, a młodzi rozeszli się po świecie. Grób był ciasno otoczony. Kuzynka Ewa i ja zapalałyśmy świeczki. To było nasze zadanie. Świeczki kopciły niemiłosiernie. Wracałyśmy do domu umorusane, i z poparzonymi palcami. Mama zapraszała wszystkich na gorącą herbatę i ciasto.

Zamawiało się wtedy trzy ogromne blachy w piekarni pana Bigusa, znajomego ojca. Dwie blachy jabłecznika i blachę sernika. Goście siedzieli do późnej nocy. Śmiano się, żartowano, wspominano z łzą w oku tych co odeszli. Myślę, że oni tam siedzieli razem z nami, tylko myśmy nie mogli ich zobaczyć. Nie można zobaczyć tych co są już po tamtej stronie. Jedynie w snach.

Teraz, przy grobie spotyka się nas garstka. Siostra, brat i ja.

Potem poszliśmy na grób Taty. Zapaliliśmy duże czerwone serce. Patrząc na tą samotną świeczkę, zrobiło mi się cholernie przykro, wręcz niewyobrażalnie źle, z faktu, że nie mogę postawić mu na grobie takich kwiatów i takich świeczek jakbym chciała. Zastanawiam się czy on to rozumie?

Wychodząc z cmentarza spotkałam Kasię, koleżankę z podstawówki. Porządkowała grób wraz ze swoją mamą. Chwilę rozmawiałyśmy. Opowiedziała mi o naszej wspólnej koleżance, która zachorowała na raka piersi. Rak to nie zawsze wyrok śmierci. Można z nim wygrać, choć to niełatwe.

Smutne to nasze życie, pełne cierpienia, bólu, niepowodzeń. Pomyślałam przez chwilę, że te moje problemy życiowe, brak pracy mają się nijak do takiej poważnej choroby. One miną.

Po cmentarzu pojechałam do mamy z zakupami.
– Dziecko! Jak ty źle wyglądasz, masz takie sińce pod oczami! – mocno zatroskała się witając się ze mną. Cała mama. Jestem dla niej dzieckiem, o które zawsze się będzie martwiła.

Wróciłam do domu. Ubrałam ojca skarpety. Czarne, wełniane i stanowczo na mnie za duże. Jedyna rzecz, oprócz niebieskiego rozpinanego swetra, którą zostawiłam sobie na pamiątkę po nim. Sweter też za duży. Kiedy latem rodzice byli u mnie przez miesiąc, zapomniałam mu oddać, i tak już u mnie zostały. Ubieram je kiedy mi źle. I Tato sprawia, że robi mi się lżej.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.