Ja, krople wody i świetliste kwadraty.

Lubię oglądać zdjęcia. Nieważne czy papierowe, ściśnięte kartkami albumów, czy zaklęte w bajtach, w folderach na dysku mojego komputera. Każde z nich to część mojej historii. Uzmysławiają mi, że ciągle drzemie we mnie mała dziewczynka z wielkimi oczami, która mimo, iż dawno przekroczyła czterdziestkę, potrafi radować się chwilą.

Dzisiaj przypomniałam sobie pewną wrześniową noc Anno Domini 2010, kiedy tańcząc w świetlistych kroplach, bynajmniej nie deszczu, bawiłam się jak dziecko. Tamtego wieczora wybrałyśmy się z Honią do Gdańska robić zdjęcia.

Gdańsk to miasto magiczne. Miasto gotyckich kościołów, który ceglane mury pamiętają czasy krzyżackie. Miasto pełne renesansowych budowli, bogatych kamienic, gmachów użyteczności publicznej, a także bram obronnych, fortów, reliktów z czasów gdy było niezdobytą twierdzą. Miasto o niepowtarzalnym i wyjątkowym klimacie.

Podczas drugiej wojny światowej Gdańsk został zamordowany. Metr po metrze, dom po domu, kwartał po kwartale, sowiecka artyleria zmieniła to dumne miasto w morze ruin. To czego nie trafił pocisk i strawił ogień, dobijano wrzucaną do środka wiązką granatów.

Zanim nie rozpętały się nacjonalistyczne demony, mieszkańcy na pierwszym miejscu określali się jako Gdańszczanie, a dopiero na drugim przyznawali się do bycia Niemcem, Polakiem, Holendrem czy Szkotem. Żyli w większości wypadków zgodnie, niejednokrotnie tworząc wielonarodowe rodziny. Wszystko to niestety runęło, kiedy zaczęły dymić kominy w pobliskim obozie koncentracyjnym w Stutthof.

Niewiele jest chyba miast na ziemi, które straciło prawie wszystkich swoich mieszkańców. Większość pierwotnych Gdańszczan, głównie Niemców znalazło nowy dom na terenie Niemiec Zachodnich, a także i wschodnich.

Na miejsce wypędzonych przyszli wypędzeni ze wschodu Polacy, przeważnie mieszkańcy Wilna, i pokochali, choć niejednokrotnie z trudem, to miasto jak swoje. Bo gdyby nie pokochali, to nie zadaliby sobie tyle trudu aby odbudować je cegła po cegle.

Gdańsk odrodził się jak Feniks z popiołów. Nad dachami domów znowu zaczęły krążyć gołębie, i przysiadać przed pomnikiem Neptuna. Niesione wiatrem dźwięki dzwonów z ratusza Głównego Miasta ponownie mieszają się z karylionem ze świętej Katarzyny. Ceglano drewniana bryła Żurawia odbija się jak dawniej w leniwie płynących wodach Motławy.

Jestem rodowitą gdańszczanką, a mimo to (przyznaję wstydliwie) nie znam mojego miasta dokładnie. Unikam go na przełomie lipca i sierpnia, kiedy odbywa się jarmark Dominikański. Jest wtedy zbyt tłoczno. Najpiękniej jest we wrześniu, kiedy pogoda sprzyja spacerom, turystów coraz mniej, w kanionach ulic panuje błoga cisza, przerywana tylko od czasu do czasu stukotem obcasów.

Spacer rozpoczęłyśmy od Drogi Królewskiej. Minęłyśmy Bramą Wyżynną, tuż za nią Katownię połączoną z Wieżą Więzienną, przez Złotą Bramę weszłyśmy na ulicę Długą, w perspektywie której widać było Ratusz Głównego Miasta, a jeszcze dalej Zieloną Bramę.

Spacerkiem, nie śpiesząc szłyśmy Długim Pobrzeżem. Niestety po drugiej stronie Motławy ciągle straszą ruiny spichrzów, żywy a raczej martwy dowód nieudolności rządów prezydenta Adamowicza, na którego, w opinii wielu mieszkańców, w tym i mojej, Gdańsk nie zasługuje.

Minęłyśmy obiekt niezmierzonej ilości zdjęć, średniowieczny dźwig portowy zwany Żurawiem, i skręciłyśmy w Mariacką. Jest ona uznawana za jedną z najpiękniejszych ulic Gdańska. Wędrując po starym granitowym bruku, podziwiałyśmy kunszt dawnych mistrzów, i maestrię współczesnych artystów gdańskich, którzy z największą pieczołowitością przywrócili dawną świetność ulicy. Tutaj można zobaczyć słynne przedproża i rzygacze, które niestety znikły z pozostałych ulic.

Zbliżała się dwudziesta pierwsza, kiedy dotarłyśmy do fontanny „Czterech Kwartałów”. Ma ona kształt kwadratu, podzielonego na cztery części. W każdej części znajdują się szklane podświetlane kwadratowe pola. Niebieskie, pomarańczowe, białe i czerwone, symbolizujące historyczny kolor chorągwi miasta. W każdym z czterech rogów fontanny poleguje lew. Dwa lwy stanowią integralny element herbu miasta.

– Wchodzę do środka! – rzuciłam w stronę Honi. Nie wiem skąd wziął się ten szalony pomysł. Chyba obudziła się we mnie mała dziewczynka, o której pisałam na początku.
– Nie wejdziesz tam, jestem tego pewna! – powiedziała z przekonaniem Honia.

Zakazy, stwierdzenia, że czegoś nie zrobię, działają na mnie jak czerwona płachta na byka.

– Nie wejdę? A chcesz się przekonać, że wejdę?
– Mogę się założyć, że nie wejdziesz!

Ściągnęłam kurtkę i niczym Mojżesz weszłam w wodę. Niestety woda za bardzo nie chciała się rozstąpić, widocznie za dużo nagrzeszyłam. Młódź degustująca na pobliskiej ławce piwo zamarła. Byłam tylko ja, krople wody i świetliste kwadraty.

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Ja, krople wody i świetliste kwadraty.

  1. graszka pisze:

    Czasami też się zastanawiam, czy ze mną wszystko jest w porządku 🙂

  2. graszka pisze:

    Czasami też się zastanawiam, czy ze mną wszystko jest w porządku 🙂

  3. majka pisze:

    Graszko,
    masz fanów zwariowanych,
    a i bez nich jesteś sobą,
    więc tańcz, tańcz w kroplach fontanny, nawet i deszczu,
    i ciesz się chwilą…
    a jutro zaświeci słońce

  4. majka pisze:

    Graszko,
    masz fanów zwariowanych,
    a i bez nich jesteś sobą,
    więc tańcz, tańcz w kroplach fontanny, nawet i deszczu,
    i ciesz się chwilą…
    a jutro zaświeci słońce

Możliwość komentowania jest wyłączona.