Genius Loci

Komentarz Majki pod wpisem „Widok za oknem” spowodował lawinę wspomnień. Lato się przełamało i chyliło ku końcowi. Niedziela to idealny dzień na wycieczkę. Kiedy zapytałam gdzie jedziemy, odpowiedział jak zwykle „przed siebie”. Ależ to było intrygujące i jakże niesamowite. W brzuchu latały motyle a niebo było bezchmurne i błękitne.

W połowie drogi postanowiliśmy się zatrzymać. Podeszła do nas starsza kobieta z wielkim koszem jabłek i zapytała gdzie jedziemy, i czy możemy jej pomóc.
– Do Sierpca – odpowiedział anioł.
– Jedziemy do Sierpca? – nie wierzyłam własnym uszom.
– Ech, popsuła moje plany, to miała być niespodzianka – powiedział gdy odstawiliśmy kosz z jabłkami na pobliską plebanie.

Koło Sierpca leży Borkowo Kościelne, miejsce szczególnie bliskie memu sercu. Tam mieszkali dziadkowie, ciocia Zosia z wujkiem Staśkiem. Spędzałam u nich każde wakacje. Tam zakochałam się pierwszy raz w chłopcu niższym ode mnie o pół głowy. Miał na imię Artek, a jego piękne ciemnobrązowe oczy pamiętam do dzisiaj. Nie sposób też zapomnieć jego gęstych brwi.

To była platoniczna miłość. Pierwszy dotyk dłoni, niewinne delikatne pocałunki, listy miłosne pisane piórem na kartkach z zeszytu w linie, na które czekałam w jesienno zimowe miesiące.

W pierwszy dzień po przyjeździe co chwila podchodziłam do okna, i przez firankę patrzyłam czy już stoi za płotem. Do dzisiaj nie wiem skąd wiedział, że przyjechałam. Czyżby telepatia?

Szliśmy wtedy na spacer. Piaszczysta droga prowadziła nas w stronę brzozowego zagajnika. Trzymając się za ręce mijaliśmy stare, pordzewiałe tory kolejowe, dochodziliśmy do stojącego na rozwidleniu dróg drewnianego krzyża. Tam zaczynała się inna wieś. Podczas deszczu chowaliśmy się w stogach siana, które pachniało wyjątkowo i rozmawialiśmy, choć jego ręce nie zawsze chciały być grzeczne.

A dziadkowie? Pamiętam babcię, z mocno spracowanymi rękoma, która zawsze dla mnie ścierała na tarce ziemniaki na placki. Dziadek, miłośnik Piłsudskiego i kasztanki, godzinami opowiadał o nim. Pamiętam go zawsze lekko zgarbionego, szczupłego, z całkowicie siwymi włosami. Zawsze z uśmiechem na twarzy. Był bardzo pogodnym człowiekiem.

Babcia Wiktoria żyła 68 lat. Zmarła w lipcu 1984 roku. Po śmierci babci Mama namówiła dziadka, żeby zamieszkał z nami w Gdańsku. Niespodziewanie umarł na dzień przed opuszczeniem szpitala. Było to w kwietniu 1986 roku. Po śmierci dziadków przestaliśmy jeździć do Borkowa. Sierpc odwiedzaliśmy sporadycznie przy okazji rodzinnych spotkań.

Droga zleciała nam szybko. Za Urszulewem rozciąga się świerkowy las. Serce waliło mi jak młot. Zerknęłam na Anioła, chciałam mu podziękować. W gardle stanęła mi klucha, odwróciłam głowę, poleciały łzy radości. Już za chwilę miałam zobaczyć magiczne miejsce z mojego dzieciństwa.

Dojeżdżając do Borkowa minęliśmy po prawej stronie cmentarz na którym leżą dziadkowie, skręciliśmy z głównej drogi w prawo i dotarliśmy do celu. Piaszczysta droga pokryła się asfaltem. Patrzyłam zdumiona, wieś z mojego dzieciństwa znikła. Nie wiem dlaczego sądziłam, że zobaczę to co pamiętałam. Teraźniejszość zupełnie nie pokrywała się z przeszłością. Dwa różne obrazy.

Drewniane domy kryte słomą zamieniły się w betonowe klocki. W miejscu białego, niskiego domku Artka, był parking wyłożony brukową kostką. Przez chwilę zastanowiłam się co u niego słychać, i czy jeszcze pamięta dziewczynę o bursztynowych oczach z odległego miasta nad zatoką zimnego morza.

Dojechaliśmy do krzyża na końcu wsi. Brzozowy zagajnik zamienił się gęsty las. Tory były nadal na swoim miejscu, równie pordzewiałe jak kiedyś.
– Czy chcesz jechać dalej? – spytał anioł.
– Nie, nie, zawróć proszę – odpowiedziałam. Stanęliśmy koło domu cioci.
– Idź, idź, poczekam tu na ciebie.

Dom dziadków zniknął. W jego miejscu stał nieotynkowany dworek z gankiem opartym na dwóch filarach. W dużych oknach ktoś modnie upiął firany. Znikły malwy i stara studnia. W ich miejscu rozpościerał się elegancko przystrzyżony trawnik.

Dom cioci Zosi oparł się walcowi czasu. Może tylko cegły były ciemniejsze, a dach z eternitu wyblakł od tysięcy słonecznych dni. Otworzyłam furtkę. Podbiegły do mnie dzieci. Dziewczynka i chłopczyk o słomianych włosach. To musiały być dzieci moich kuzynów.

– Jest babcia? – zapytałam.
– Babcia? Babcia! Ktoś przyjechał do ciebie! – krzycząc pobiegły w kierunku stodoły.

Rozglądnęłam się. Odgradzający podwórko od pola płot ostał się. Rozciągające się za płotem pole zamieniło się w nieuprawiany ugór. Popatrzyłam w dal, nie było już mojej gruszy pod którą chowałam się podczas deszczu.

Ze stodoły wyszła kobieta w długiej prawie do kostek spódnicy. Jej czarne włosy mocno posiwiały. Spojrzałam na jej nogi. Ciocia Zosia niezależnie od pogody zawsze chodziła boso.

– Grażyna, to ty dziecko? A co ty tutaj robisz? – podbiegłam do niej i przytuliłam się jak w dzieciństwie, teraz ja górowałam nad nią. Chwyciłam ją za dłonie. Były bardzo zniszczone, chropowate. Dłonie człowieka któremu nie jest obca ciężka praca.

Chwilę rozmawiałyśmy.
– Ciociu muszę wracać – powiedziałam ze smutkiem. Spojrzałam ostatni raz na miejsce w którym stał dom dziadków, a teraz dom jednego z wnuków. Po mojej głowie tłukła się ciągle ta sama myśl – za czym tęskniłam? Gdzie podziała się tamta wieś?

Wracając wstąpiliśmy do sklepu, który znajduje się w budynku straży pożarnej. Chciałam kupić znicze. Zaczęłam rozmawiać ze sprzedawcą. Był w moim wieku. Łudziłam się, że może mieszkał tu w tamtych latach, i coś pamięta.

Jednym tchem wyrzuciłam z siebie, że mieszkali tu moi dziadkowie, że sklep był gdzie indziej, że tam kupowałam chleb, że spędzałam tu wakacje.
– Pani, ten sklep nie istnieje od dobrych piętnastu lat. – patrzył na mnie zaskoczony zapewne zastanawiając się co ta kobieta od niego chce.

Wracają wstąpiliśmy na cmentarz. Zapomniałam kupić zapałek, na szczęście anioł napadł jakiegoś gościa i ograbił go. Zapaliłam znicze, pomodliłam za dziadków. Wracając jechałam zamyślona. Zanurzona w nostalgii. Nie mogłam dojść do siebie po konfrontacji przeszłości z teraźniejszością.

Bezpowrotnie znikła kraina z dzieciństwa. Za czym tak tęskniłam? Za beztroską? Niewinną młodością? Teraz wiem, że Genius Loci (ducha miejsca) tworzą ludzie, kiedy odejdą znika stworzony przez nich świat.

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Genius Loci

  1. GPS pisze:

    Tu będzie chyba lepiej dostępny..

    http://www.panoramio.com/photo/2590837

    B.C.

    • graszka pisze:

      Z czerwonej cegły, prawie taki sam jak mojej cioci. Nie wiem ile masz lat, ale może w młodości gdzieś w Sierpcu mijaliśmy się.

      • GPS pisze:

        tak jak Twój e-mil z o2 🙂 A do Sierpca jeździłem ze Stryjem do skupu żywca, do mleczarni i po nawozy.

        B.C.

  2. GPS pisze:

    Tu będzie chyba lepiej dostępny..

    http://www.panoramio.com/photo/2590837

    B.C.

    • graszka pisze:

      Z czerwonej cegły, prawie taki sam jak mojej cioci. Nie wiem ile masz lat, ale może w młodości gdzieś w Sierpcu mijaliśmy się.

      • GPS pisze:

        tak jak Twój e-mil z o2 🙂 A do Sierpca jeździłem ze Stryjem do skupu żywca, do mleczarni i po nawozy.

        B.C.

  3. GPS pisze:

    Piszesz o zmianach. W domu Dziadków i Stryja mieszka autentyczny Murzyn. Ot zmiany.

  4. GPS pisze:

    Piszesz o zmianach. W domu Dziadków i Stryja mieszka autentyczny Murzyn. Ot zmiany.

Możliwość komentowania jest wyłączona.