Jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję

Dzień moich 46-ych urodzin minął spokojnie, bez dołowania, rąk załamywania i płakania nad czasem minionym. Kiedy bladym świtem wychodziłam do pracy, syn wytoczył się ze swojego pokoju, zaspany jak lunatyk, przytulił się mocno i wybąkał życzenia.
– Dasz radę – wymamrotał i podreptał macając drogę do łóżka. Dla niego to był środek nocy.

Skrobałam szyby rozmyślając nad nieuchronnością zimy. Lada moment (oby) sypnie śniegiem, ściśnie mrozem, dmuchnie wiatrem. Choć niektórzy mówią, że w ostatnim roku świata (2012 – Majowie – pamiętamy!) zimy nie będzie.

W pracy spostrzegłam się, że zapomniałam zabrać z domu ścierki, podstawowego narzędzia pracy. Nie było czasu aby ganiać z powrotem. Biura w jednym z budynków muszą być posprzątane do 7.40, w drugim do 9. Na deser pozostaje dom modelowy, w którym nikt nie mieszka.

Z problemem poradziłam sobie lepiej niż MacGyver ze zbudowaniem helikoptera z gumki recepturki, spinacza biurowego i czterech wykałaczek. Zdarłam z siebie bluzkę i nożem kuchennym urżnęłam rękawy. Tym sposobem weszłam w posiadanie dwóch ścierek do kurzu, bluzka zaś nabrała nowego ciekawego dizajnu.

Pierwszą czynnością jaką robię w pracy jest zebranie z wszystkich biurek kubków po kawie. Niektóre są nimi tak zastawione, że blat się ugina. Wszyscy mają głęboko w du… pupie wiszącą w kuchni kartkę: „ Proszę po sobie myć kubki”. Bo po co młoda pani architekt ma myć po sobie swój kubas, skoro jest pani od sprzątania?

Skrobię więc mozolnie kubki po kawie, oraz miski zaspawane chińskimi zupami i tak sobie myślę, że pani architekt, oraz jej koleżanki i koledzy wynieśli z domu słomę w butach a nie kulturę. No cóż wykształcenie nie determinuje kultury osobistej.

Inny przykład. Codziennie mijam na schodach panią architekt, grzecznie się uśmiecham i pierwsza mówię dzień dobry. Jej Jaśnie Pani Królowa, nadzieja polskiej architektury, nie raczy odpowiedzieć choćby burknięciem, nie wspominając o uśmiechu. Być może w jej mniemaniu powinnam przyklęknąć, pokornie schylić głowę i odczekać aż zniknie za rogiem.

Kończę sprzątanie u architektów, wpadam na moment do domu, bo za chwilę gnam do Wrzeszcza sprzątać bank po kapitalnym remoncie. W przelocie przeżuwam śniadanie, wściekam się, „chwaląc” pod niebiosa włodarza tego umęczonego korkami miasta nad zatoką zimnego morza.

Jak zwykle obiekt miał być oddany wczoraj, a w środku kłębi się tłum malarzy i innych robotników. Jeden włazi na drugiego, przeszkadzają sobie nawzajem, klnąc niczym szewcy. Malarz chce jeszcze pomachać wałkiem, a ja przeganiam go miotłą. W między czasie odbieram telefon od siostry i mamy z życzeniami.

Po godzinie przyjeżdża szefowa, wręcza mi kopertę z wypłatą za pracę w listopadzie. O siedemnastej jestem tak zmęczona, że gdyby ktoś zapytał jak się nazywam, nie wiedziałabym co odpowiedzieć.

Telefon co chwila dzwoni. Tym razem synowa mojej siostry. To bardzo miłe uczucie otrzymywać telefony z życzeniami. Mija dziewiętnasta. Wygania nas pani dyrektor banku która chce zamknąć placówkę. Tuż przed dwudziestą docieram do domu. Sprawdzam FB, bloga, czytam życzenia od nieznanych mi ludzi. Jest mi bardzo miło.

Powoli dogorywam. Dzwoni brat. Czekałam na jego telefon. Składa życzenia i zaczynamy rozmawiać o innych sprawach. – Chciałbym abyś w końcu znalazła to czego szukasz – mówi na koniec spokojnym, cichym, płynącym prosto z serca głosem.

To były najważniejsze dla mnie słowa jakie usłyszałam tego dnia.

Następnego dnia koszmar w pracy się powtarza. Mycie okien tym razem na zewnątrz. Niczym dziewczynka z zapałkami tkwię na drabinie otulona mrozem, myję zgrabiałymi rękoma bankowe piękne okna i przyglądam się przechodniom, którzy gnają z siatkami, choinkami. Po czterech godzinach można amputować moje palce bez narkozy.

Dzień mija tak szybko, że właściwie tylko coraz większe zmęczenie i ciemność na dworze przypomina mi, że jest już późno.

Wczoraj kończyłyśmy bank. Nie wiedziałam, że posadzkę po budowlańcach czyści się octem. Wylewa się na nią kilkanaście butelek, a później zbiera się to mopem. Śmierdzi tak okrutnie, że momentalnie dostaję globusa (ciekawe kto wie co to?). Oddycham z ulgą wychodząc na ulicę. Niestety to nie koniec.

Szefowa każe wziąć ścierki, płyny i odkurzacz, i pojechać na Przymorze. Jadąc jem śniadanie. Wchodzę do banku i nie wierzę własnym oczom. Do wymycia jest dziesięć ogromnych okien, do których przylepili się robotnicy. Święta mam w banku – myślę.

Przez chwilę rozmawiam z malarzami. Są z Kościerzyny. Łapią się wszystkiego co pozwala im zarobić choć parę groszy. Nie opłaca się im wracać do domu na noc, od przedwczoraj koczują w budynku, śpiąc na wykładzinie i przykrywając się kurtkami. Koniecznie chcą dzisiaj skończyć robotę. Malowali do czwartej rano aż zabrakło im farby. Nie pytałam ile zarobią. Domyślam się. Jedną setną tego co prezes tego banku.

Po trzech godzinach dzwoni szefowa. Mam jechać do domu, bo do banku przyjdzie sprzątaczka, która jest na etacie. To do jasnej cholery po co ja tam jechałam?

Telepie się do domu, zbita niczym pies, myśląc co dalej zrobić z tym tak pięknie zaczętym dniem. Posprzątać? Zrobić zakupy? Czy mieć to wszystko w nosie i wskoczyć do wanny z dużą ilością piany? Tak się zamyśliłam, że przez główne skrzyżowanie we Wrzeszczu przejechałam na czerwonym świetle. Na szczęście zostałam tylko wytrąbiona i obrzucona niewybrednymi epitetami.

Zdecydowałam się na zakupy. Z synem wpadliśmy do Biedronki – codziennie niskie ceny, codziennie niska płaca. Wrzucam do kosza tylko to co niezbędne: olej, ziemniaki, chleb, ser żółty, parówki, włoszczyzna, majonez, musztarda, papier toaletowy, marchewki. Syn przypomniał sobie o piance do golenia. Jedynym rarytasem są pomarańcze. Po niecałe dwa złocisze kilo.

– 170 złotych – mówi pani Biedronka. Zabrzmiało jak wyrok śmierci, albo dożywocie. Równowartość siedemnastu godzin mojej pracy. Prezes pewnej partii, który swego czasu chlapnął, że Biedronka jest dla najbiedniejszych, zapewne pracuje na to też 17, ale minut.

Pamiętam, niedawno Kartka w komentarzach napisał „ mam tekst w głowie, ale wróciłem z pracy tak zmęczony, że nie mam siły go napisać”. Teraz wiem co miał na myśli, bo jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję

  1. St. Dreptak pisze:

    Z tymi Majami to podobno nieporozumienie jest, bo im chodziło o jakiś jubel, znaczy sie imprezę, Ci się umieli bawić, bo trup się ścielił gęsto, ale jakiś niedoinformowany uznał, że to koniec świata ma być 😀

  2. St. Dreptak pisze:

    Z tymi Majami to podobno nieporozumienie jest, bo im chodziło o jakiś jubel, znaczy sie imprezę, Ci się umieli bawić, bo trup się ścielił gęsto, ale jakiś niedoinformowany uznał, że to koniec świata ma być 😀

  3. staruszek pisze:

    Skopiowałem samowolnie Twój post na blog
    „Gra w klasy” Adama Szostkiewicza w e-Polityce:

    http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2011/12/21/osoba-roku/

    i jestem z tej bezczelności dumny.

    • graszka pisze:

      Po prostu mnie zamurowało, i nie wiem co mam napisać. Dziękuje za troskę, to przecież za mało?

  4. staruszek pisze:

    Skopiowałem samowolnie Twój post na blog
    „Gra w klasy” Adama Szostkiewicza w e-Polityce:

    http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2011/12/21/osoba-roku/

    i jestem z tej bezczelności dumny.

    • graszka pisze:

      Po prostu mnie zamurowało, i nie wiem co mam napisać. Dziękuje za troskę, to przecież za mało?

  5. staruszek pisze:

    Twoje dziekuję jest jak pocałunek w policzek.
    Odruchowo sprawdziłem, czy jestem starannie ogolony.
    Dobranoc.

  6. staruszek pisze:

    Twoje dziekuję jest jak pocałunek w policzek.
    Odruchowo sprawdziłem, czy jestem starannie ogolony.
    Dobranoc.

Możliwość komentowania jest wyłączona.