Wałycz

Kiedy tylko mogę uciekam z miasta. Chociaż na chwilę, na parę godzin, a jak się da, to i na cały dzień. Pakuję przysmaki do wiklinowego koszyka, wlewam kawę do termosu, odpalam auto i gnam na wieś, bo tylko tam czuję, że żyję.

Takie wycieczki są moją odskocznią od szarego życia. Na moment pozwalają zapomnieć o nieopłaconych rachunkach i pracy, która nie przynosi satysfakcji, a jedynie pozwala przeżyć.

Uwielbiam patrzyć w dal, tam gdzie niebo łączy się z ziemią. Falujące trawy pieszczą chmury. Niczym łowczy pies wciągam wiatr w nozdrza i czuję zapach jabłoni, grusz i zboża. Przykładam dłoń do kory drzewa, i poprzez chropowatość naskórka czuję bijące w głębi soki.

Omijam główne drogi. Jadę tymi, które na  mapie zaznaczone są na biało, ewentualnie żółto. Zresztą po co mi mapa. Przeważnie trzymam ją do góry nogami, i doprawdy sama nie wiem jak udaję mi się trafić do punktu docelowego.

Pewnego czerwcowego dnia mijałam miejscowość, parę kilometrów od Grudziądza. Nie planowałam się tam zatrzymać, ale kiedy pomiędzy starymi drzewami mignął mi biały dwór, bez zastanowienia nacisnęłam na hamulec i zawróciłam.

Po drugiej stronie ulicy był niewielki sklep, przed którym stał drewniany ogrodowy stół, ławka i parę tanich plastikowych krzeseł. Trzech facetów, leniwie sączących piwo marki piwo z zielonych butelek, spojrzało na mnie lekko zdziwionych. Dla nich byłam przybyszem z obcego świata, ufoludkiem. Bez skrępowania otaksowali mnie z góry na dół, poszeptali, zarechotali, i wrócili do degustowania chmielowego trunku.

Na mej drodze stanął niewysoki płot. Obok brama skrępowana pordzewiałym łańcuchem zwieńczonym kłódką z epoki późnego Gierka. Rozglądam się. Poza zajętymi sobą mężczyznami pod sklepem nikogo. Wystarczy przeskoczyć przez płot. Co to dla mnie.

– Niedawno kobieta rzucała w ciebie garnkami, bo weszłaś bez pozwolenia, tam mogą być psy, w końcu ciebie kiedyś pogryzą – mówi rozum.
– E tam, e tam, przełóż nogę przez płot, zrobisz zdjęcia, nic ci się nie stanie – ripostuje serce. Ponownie się rozglądam. Żywej duszy. Zawisam na płocie. Rozum tłucze się z sercem i jak zwykle przegrywa.

Widok jaki zobaczyłam sprawił, że zapomniałam o strachu. Pomiędzy zielonymi drzewami stał eklektyczny dwór. Zmrużyłam oczy, tak mocno bielił się w tym czerwcowym słońcu. Serce mi drżało gdy wciskałam raz po raz spust migawki. Musiał wyglądać naprawdę pięknie przed wojną.

Chciałam już iść dalej, zobaczyć go z drugiej strony, ale rozum zaprotestował tym razem zdecydowanie. Gdybym weszła na cudzą posesję w Stanach, to właściciel mógłby mnie zastrzelić i nie ponieść żadnych z tego tytułu konsekwencji. W Polsce co najwyżej musiałabym uciekać przed cieciem albo jego psami, lub rzucanymi garnkami.

Tu nasuwa się pytanie – dlaczego przytłaczająca część polskich dworów i pałaców nie jest dostępna dla zwiedzających? Większość z nich dogorywa zapomniana, zdewastowana, ukryta przed światem w zdziczałych parkach, przypominających amazońską dżunglę. Często ktoś dobija je podkładając ogień. I po problemie. Można rozebrać i w ich miejsce postawić jakiś nuworyszowy koszmaronek.

Wracając do auta spotkałam aborygenkę.
– Pani tu się nic nie dzieje, tu wszystko jest pozamykane. Przed dożynkami w 1990 roku był tu Jaruzelski, wtedy odnowili dwór. Zjadł obiad, pojechał, dwór zamknęli. – machnęła ręką.

Obecnie zespół pałacowo parkowy z drugiej połowy XIX wieku jest własnością Skarbu Państwa. W jego skład wchodzą zabudowania gospodarcze i park w którym znajdują się mające ponad 100 lat drzewa należące do 15 gatunków. Szkoda, że Jaruzelski rzadko odwiedzał wsie przed dożynkami. Gdyby robił to częściej może więcej dworów byłoby odnowionych?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rozmyślania przy kawie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.