Niedziela Palmowa (nie będzie przerwy!)

Niedziela palmowa kojarzy mi się głównie końcem porządków świątecznych. W domu rodzinnym panował niepisany zwyczaj, że na niedzielę palmową wszystko musiało lśnić czystością. Mama bardzo tego przestrzegała.

Kiedy byłam dzieckiem, karnie wykonywałam wszystkie jej polecenia, aż do momentu gdy z domu wyprowadziło się starsze rodzeństwo. Wtedy próbowałam po raz pierwszy się sprzeciwić, lecz nic to nie dało, szybko zostałam spacyfikowana. Tradycja musiała zostać zachowana.

Porządki rozpoczynało się od szorowania dywanów. Tak zaciekle machałam, osadzoną na drewnianym kiju, szczotką ryżową, że nie raz go złamałam. Ciężkie, ociekające wodą dywany i chodniki wynosiło się na dwór i wieszało na trzepaku, aby wyschły w wiosennym słońcu. Skapujące krople wody błyszczały jak małe diamenty.

Później pieczołowicie myliśmy i polerowaliśmy szkła i kryształy, które od świąt Bożego Narodzenia czekały cierpliwie na półce za szkłem. Poszarzałe od kurzu, kordonkowe serwetki zmienialiśmy na nowe, białe niczym pierwszy śnieg. Pachniały krochmalem i były chropowate w dotyku.

Mama uważała, że długie firany zabierają ciepło z grzejników, dlatego tylko wiosną i latem zakładaliśmy firany sięgające do ziemi. Zimą wisiały krótkie, do parapetu. Kolejnym punktem była więc zmiana firan. Żebra grzejników kryły się pod śnieżnobiałym welonem, i dopiero jesienią, wraz z pierwszymi chłodami, miały zostać odkryte.

A w sobotę zmieniało się pościel. Wracała ona z magla pod postacią wielkiego, ciężkiego tobołu, mocno owiniętego dużym ręcznikiem. Poszewki, prześcieradła, obrusy przypominały równo obcięte deski z tą różnicą, że pachniały krochmalem a nie żywicą.

Brat, w przeciwieństwie do mnie, strasznie nie lubił takiej pościeli. Przed położeniem się spać chwytał za prześcieradło i mocno je ugniatał, wręcz tarmosił, jakby chciał je podrzeć na drobne kawałeczki.

Gdy bezpowrotnie uleciała dziewicza świeżość pościeli, w ciepłe, letnie dni wywieszało się ją rankiem na płocie, i kiedy wieczorem ścieliłam łóżko, cały pokój wypełniał się zapachem mijającego lata.

Zupełnie innego wymiaru nabrała dla mnie niedziela palmowa, kiedy w moim życiu pojawił się syn. Doskonale pamiętam jak pod kościołem wybieraliśmy palmę, najlepiej oczywiście jak największą i najbardziej kolorową.

A kiedy ksiądz prosił o podniesienie palm do góry w celu ich poświęcenia, Karol stawał na palcach trzymając swoją w maleńkiej dłoni. Brałam go wtedy na ramiona i tym sposobem jego palma stawała się najwyższą w kościele. Radośnie się wtedy śmiał, a jego oczy błyszczały jak dwa węgielki.

Wyprowadzając się do Pruszcza nie zachowałam tradycji porządków. Moje okna nie są wymyte na święta. Ostatnio tyle ich wymyłam, że nie potrafię się zmusić aby zaatakować moje. Nie wyciągam wszystkiego z szafek kuchennych. Dywany nie są trzepane ani tym bardziej myte na mokro.

Czego mi brakuje? Może to głupie ale chyba właśnie tamtej wykrochmalonej pościeli. Tęsknię za jej przyjemnym chłodem, moja satynowa pościel jest inna w dotyk. A może brak mi radości syna z palmy, uśmiechniętych oczu, kiedy razem szliśmy ulicami Oruni do kościoła św. Jana Bosko. Ten czas minął bezpowrotnie.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Niedziela Palmowa (nie będzie przerwy!)

  1. Jasna8 pisze:

    Chyba teraz wszędzie inaczej wyglądają święta.
    U nas w domu rodzinnym też wszystko musiało błyszczeć.
    Teraz autentycznie nie wyrabiam się z czasem
    i dlatego staram się mniej więcej jednakowo
    trzymać w porządku przez cały rok.

  2. Jasna8 pisze:

    Chyba teraz wszędzie inaczej wyglądają święta.
    U nas w domu rodzinnym też wszystko musiało błyszczeć.
    Teraz autentycznie nie wyrabiam się z czasem
    i dlatego staram się mniej więcej jednakowo
    trzymać w porządku przez cały rok.

  3. jula :D pisze:

    Dobrze ,że jesteś. 😆 Pa! 😉

  4. jula :D pisze:

    Dobrze ,że jesteś. 😆 Pa! 😉

  5. staruszek pisze:

    Byłaś dziewczynką jeszcze nie rozdrażnioną, że sztywność nakrochmalonej pościeli drażni Twą mniej nasyconą wilgocią i mniej miękką skórę.
    Większość z nas sądzi, że jesteśmy złożeni z róznorodnych idei. Krążą one w moście powietrznym między naszym sercem a naszym mózgiem. Ale po drodze jest jabłko Adama, tarczyca i migdałki. Migdałki podrażnione, tarczyca nadczynna, wole odbierające urodę. A to wszystko gdy przed dostaniem prawa wyborczego gdy ślady po zanikającej grasicy trudno już znaleźć. Nie znika ona nigdy całkowicie, ale przestaje nami rządzić. Tak jak mleko krowie jest obce gatunkowo ludzkiemu niemowlęciu a laktacja matki po miesiącach znika, tak nasze zwyczaje i rekwizyty dziecństwa odchodzą w niepamięć. Trzeba silnego bodźca aby wróciły wspomnienia.

    Wspomnienia weług znawców mózgu są krążącymi w pętlach neurnalnych seriami impulsów elektrycznych małej mocy utrwalanymi dzięki swoistej biochemi białek.
    Nie da się ich wziąć w rękę, a pomimo to czujemy opuszkami po latach sztywnej od krochmalu pościeli dawno użyźniającej swą bawełnianą czy lnianą tkanką glebę.

    Te obiekty bytów czystych niekiedy wypełniają nam pierwszy plan świadomości.
    A niedelikatni i okrutni i nie potrafiejący się znaleźć w porządnym towarzystwie nie potrafią się powstrzymać od pytań: czy szwagier już Ci nie przysyła kartki z barankiem? czy twoja Karolu wpadnie do nas choćby na chwilę na święta?

    Umieraja Ci którzy cieszyli się z nas jako wnucząt, umierają w nas miłości niedorosłe do rozesmianych dziewczyn o nabrzmiałych wargach lub chłopców pięknie ścinających piłkę nad siatką, umierają nasze paczki znajomych, nasze przyjaźnie i nasze miłości. Nie czarujmy się. To co nas przejmowało bardzo przedwczoraj niekiedy znikło – nie ma, nie widać, poszła sobie, diabeł go ogonem przykrył.

    I nadchodzi przedświęcie. I nagle w przygotowaniach do zawieszenia praw codzienności – co jest istotą święta, wracamy do rytu: świeżej trawki w doniczce, w niej cukrowy baranek z choragiewką na patyku i pytania corocznego czy WielkaNoc na kartce do ciotki w Australii odmienia się jako WielkejNocy i pisze się osobno i z dużym N. Przypominamy sobie, że teściowa brata uważa Wielki Piątek za większy od Wielkiej Niedzieli.

    I gdy dla odsapki siadamy na chwiłe nachodzi nas refleksja i pytamy samych siebie czy święto upamiętniające ukrzyżowanie powinno być wesołe.

    Codzienność to pościel z kory, to picca którą Karol zje na mieście z kolegami, to zakwasy które trzeba przezwyciężyć bo Mama czeka na mnie. To staranny makijaż, aby Mama nie poznała, że płakałam.

    Taka jest Grażka pokazująca nam na ekranie komputera włączonego w sieć intymność swego serca, swej głowy i swej codzienności.

    I serii komentarzy zjawia się nick Brat. I nagle blog jest oświetlony tajemnicą literackiej przenośni, tajemnicą rozmowy blogowej, tajemnicą okrzyku bohatera Mistrza i Małgorzaty: „Bracia w literaturze!”

    Na światło uliczne publiczki ciekawej rodzinnych tajemnic pojawia kropla wywnętrzniania się. I okazuje się, że Grażka sprzed dwóch lat, to nie ta sama Grażka. Jeszcze dwa lata temu o swoim spotkaniu autorskim Grażka słuchała by jak bajki o żelaznym wilku. A dziś się kryguje. I bez obrazy wielu lat wcześniejszych można powiedzieć, że narodziła nam się Grażka. Rok temu TU jej nie było; a dziś jest.

    Cykl odrastania trawki w doniczce niby jest wieczny. A nie wiemy czy za rok Karol mamie nie zasieje trawki z liścmi w biało zielone paski o lekko skręcających się liściach.

    Jeśli sądzisz Mirko, że Grażka opisem swego wczoraj i swego dzisiaj opisuje swe życie tuż przed zaklęciem w marmurowy posąg, to się mylisz. Być może najcenniejsze, najpiękniejsze i najbardziej ciekawe jes przed Grażką. Bo Grażka ani się boi żyć, ani nie wstydzi się swego życia. Grażka odnalazła w sobie moc tworzenia.
    To ona współtworzyła blogowego staruszka, którego komentarz teraz czytasz.

    A może przestrzegając Grażkę przed zbytnią otwartością i ufnością chcesz Mirko zatrzymać Grażkę dla siebie? Gdy ktoś z nas daje Grażce pieniądze, to nie z litości, z nadzieji, że pozwoli to Grażce uśmiechnać się szerzej do Ciebie.

    My tylko odpłacamy się Grażce za pokazywanie urody życia.
    A przed naszą Gospodynią jeszcze długa droga pełna przygód wrażeń i ludzi.
    Ona jest jeszcze młodziódką osobą mającą przed sobą olbrzymie pole tworzenia.
    I wierzę, że potrafi stworzyć na nowo ciepły uśmiech Mirki.

    Булат Окуджава Песенка о дальней дороге

    http://video.mail.ru/mail/tiffany3/4667/5900.html

  6. staruszek pisze:

    Byłaś dziewczynką jeszcze nie rozdrażnioną, że sztywność nakrochmalonej pościeli drażni Twą mniej nasyconą wilgocią i mniej miękką skórę.
    Większość z nas sądzi, że jesteśmy złożeni z róznorodnych idei. Krążą one w moście powietrznym między naszym sercem a naszym mózgiem. Ale po drodze jest jabłko Adama, tarczyca i migdałki. Migdałki podrażnione, tarczyca nadczynna, wole odbierające urodę. A to wszystko gdy przed dostaniem prawa wyborczego gdy ślady po zanikającej grasicy trudno już znaleźć. Nie znika ona nigdy całkowicie, ale przestaje nami rządzić. Tak jak mleko krowie jest obce gatunkowo ludzkiemu niemowlęciu a laktacja matki po miesiącach znika, tak nasze zwyczaje i rekwizyty dziecństwa odchodzą w niepamięć. Trzeba silnego bodźca aby wróciły wspomnienia.

    Wspomnienia weług znawców mózgu są krążącymi w pętlach neurnalnych seriami impulsów elektrycznych małej mocy utrwalanymi dzięki swoistej biochemi białek.
    Nie da się ich wziąć w rękę, a pomimo to czujemy opuszkami po latach sztywnej od krochmalu pościeli dawno użyźniającej swą bawełnianą czy lnianą tkanką glebę.

    Te obiekty bytów czystych niekiedy wypełniają nam pierwszy plan świadomości.
    A niedelikatni i okrutni i nie potrafiejący się znaleźć w porządnym towarzystwie nie potrafią się powstrzymać od pytań: czy szwagier już Ci nie przysyła kartki z barankiem? czy twoja Karolu wpadnie do nas choćby na chwilę na święta?

    Umieraja Ci którzy cieszyli się z nas jako wnucząt, umierają w nas miłości niedorosłe do rozesmianych dziewczyn o nabrzmiałych wargach lub chłopców pięknie ścinających piłkę nad siatką, umierają nasze paczki znajomych, nasze przyjaźnie i nasze miłości. Nie czarujmy się. To co nas przejmowało bardzo przedwczoraj niekiedy znikło – nie ma, nie widać, poszła sobie, diabeł go ogonem przykrył.

    I nadchodzi przedświęcie. I nagle w przygotowaniach do zawieszenia praw codzienności – co jest istotą święta, wracamy do rytu: świeżej trawki w doniczce, w niej cukrowy baranek z choragiewką na patyku i pytania corocznego czy WielkaNoc na kartce do ciotki w Australii odmienia się jako WielkejNocy i pisze się osobno i z dużym N. Przypominamy sobie, że teściowa brata uważa Wielki Piątek za większy od Wielkiej Niedzieli.

    I gdy dla odsapki siadamy na chwiłe nachodzi nas refleksja i pytamy samych siebie czy święto upamiętniające ukrzyżowanie powinno być wesołe.

    Codzienność to pościel z kory, to picca którą Karol zje na mieście z kolegami, to zakwasy które trzeba przezwyciężyć bo Mama czeka na mnie. To staranny makijaż, aby Mama nie poznała, że płakałam.

    Taka jest Grażka pokazująca nam na ekranie komputera włączonego w sieć intymność swego serca, swej głowy i swej codzienności.

    I serii komentarzy zjawia się nick Brat. I nagle blog jest oświetlony tajemnicą literackiej przenośni, tajemnicą rozmowy blogowej, tajemnicą okrzyku bohatera Mistrza i Małgorzaty: „Bracia w literaturze!”

    Na światło uliczne publiczki ciekawej rodzinnych tajemnic pojawia kropla wywnętrzniania się. I okazuje się, że Grażka sprzed dwóch lat, to nie ta sama Grażka. Jeszcze dwa lata temu o swoim spotkaniu autorskim Grażka słuchała by jak bajki o żelaznym wilku. A dziś się kryguje. I bez obrazy wielu lat wcześniejszych można powiedzieć, że narodziła nam się Grażka. Rok temu TU jej nie było; a dziś jest.

    Cykl odrastania trawki w doniczce niby jest wieczny. A nie wiemy czy za rok Karol mamie nie zasieje trawki z liścmi w biało zielone paski o lekko skręcających się liściach.

    Jeśli sądzisz Mirko, że Grażka opisem swego wczoraj i swego dzisiaj opisuje swe życie tuż przed zaklęciem w marmurowy posąg, to się mylisz. Być może najcenniejsze, najpiękniejsze i najbardziej ciekawe jes przed Grażką. Bo Grażka ani się boi żyć, ani nie wstydzi się swego życia. Grażka odnalazła w sobie moc tworzenia.
    To ona współtworzyła blogowego staruszka, którego komentarz teraz czytasz.

    A może przestrzegając Grażkę przed zbytnią otwartością i ufnością chcesz Mirko zatrzymać Grażkę dla siebie? Gdy ktoś z nas daje Grażce pieniądze, to nie z litości, z nadzieji, że pozwoli to Grażce uśmiechnać się szerzej do Ciebie.

    My tylko odpłacamy się Grażce za pokazywanie urody życia.
    A przed naszą Gospodynią jeszcze długa droga pełna przygód wrażeń i ludzi.
    Ona jest jeszcze młodziódką osobą mającą przed sobą olbrzymie pole tworzenia.
    I wierzę, że potrafi stworzyć na nowo ciepły uśmiech Mirki.

    Булат Окуджава Песенка о дальней дороге

    http://video.mail.ru/mail/tiffany3/4667/5900.html

  7. Mania pisze:

    Staruszku kochany! Dziękuję Ci za ten komentarz! Jak zwykle celny. I myślę,że w znacznej części trafiłeś w sedno w końcówce. Załuję z jednej strony,że nie było mnie tu przez kilka dni, a z drugiej cieszę się, bo mogłam przeczytać te zaległe notki i do nich komentarze, i teraz mogę podejśc do tego spokojniej. Mam nadzieję, że Mirka pozostanie w życie Graszki, choć zdaję sobie sprawę,że już nigdy nioe będzie tak samo jak przed, tym komentarzem. Myslę zresztą ,że już od jakiegoś czasu nie było tak samo, przynajmniej dla Mirki. A to,że Graszka postanowiła podzielić się z nami zarówno treścią komentarza, jak i przykrością jaką jej sprawił, świadczy tylko o tym jaka ważną osobą byłaś Mirko dla niej. Prawda – ta jaką my ją uznajemy- nie musi walic naszych najbliższych po oczach. Często w swej arogancji uważamy,że w stosunku do tych bliskich nie musimy byc delikatni , bo nas znają i i tak to zniosą, a poza tym to przecież my(!) mamy rację. Czy zawsze? A Karol – tak myślę- już dawno dałby jakoś znać , gdyby miał coś przeciwko pisaniu bloga przez mamę.
    Bracie – jesteś Wielki!
    Serdeczności Grażynko i Wesołych Świąt dla Ciebie, Karola , Anioła i wszystkich TUgości. 🙂

  8. Mania pisze:

    Staruszku kochany! Dziękuję Ci za ten komentarz! Jak zwykle celny. I myślę,że w znacznej części trafiłeś w sedno w końcówce. Załuję z jednej strony,że nie było mnie tu przez kilka dni, a z drugiej cieszę się, bo mogłam przeczytać te zaległe notki i do nich komentarze, i teraz mogę podejśc do tego spokojniej. Mam nadzieję, że Mirka pozostanie w życie Graszki, choć zdaję sobie sprawę,że już nigdy nioe będzie tak samo jak przed, tym komentarzem. Myslę zresztą ,że już od jakiegoś czasu nie było tak samo, przynajmniej dla Mirki. A to,że Graszka postanowiła podzielić się z nami zarówno treścią komentarza, jak i przykrością jaką jej sprawił, świadczy tylko o tym jaka ważną osobą byłaś Mirko dla niej. Prawda – ta jaką my ją uznajemy- nie musi walic naszych najbliższych po oczach. Często w swej arogancji uważamy,że w stosunku do tych bliskich nie musimy byc delikatni , bo nas znają i i tak to zniosą, a poza tym to przecież my(!) mamy rację. Czy zawsze? A Karol – tak myślę- już dawno dałby jakoś znać , gdyby miał coś przeciwko pisaniu bloga przez mamę.
    Bracie – jesteś Wielki!
    Serdeczności Grażynko i Wesołych Świąt dla Ciebie, Karola , Anioła i wszystkich TUgości. 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.