Moje święta

Najweselsze i najbardziej beztroskie święta spędzałam na wsi u Dziadków w Borkowie Kościelnym. To była wyprawa! Bagażnik naszego fiata 125p ledwo się domykał, my harcowaliśmy z tyłu, ojciec skupiony za kierownicą, mama obłożona jedzeniem na drogę. Koniecznie jajka na twardo!

Zawsze zatrzymywaliśmy się w miasteczku Nowe, na dużym parkingu przed restauracją. Posilaliśmy się wiktuałami i korzystaliśmy z restauracyjnej toalety. Mama miała prawo jazdy ale panicznie bała się jeździć. Dopiero za Sierpcem siadała za kierownicą. Z brawurą, której mógłby pozazdrościć jej niejeden kierowca rajdowy, mijała o milimetry bramę ogrodową i z piskiem opon hamowała na podwórku dziadków. Kury i kaczki przerażone rozbiegały się we wszystkie strony.

Babcia i dziadek zawsze czekali na nas przed domem. Strzepywali z siebie pył opadły po drifcie Mamy, i podbiegali się przywitać. Do dzisiaj nie wiem skąd wiedzieli o której dojedziemy. Nie było przecież komórek, więc widocznie stali tak przed domem co najmniej od godziny, albo ktoś im dawał sygnały dymne od strony Sierpca.

Stoły nie uginały się wtedy od jedzenia. Ważniejsza od świątecznego obżarstwa i wspólnego oglądania telewizji, była radość ze spotkanie z dziadkami, wujkami, ciotkami, kuzynami, a także z jak to się teraz nazywa, braćmi mniejszymi czyli wiejskim inwentarzem.

Doskonale pamiętam drugi dzień świąt. Wiejski Śmigus Dyngus miał się nijak do miastowego. Chłopcy z całej wsi, uzbrojeni w metalowe, pojemne wiadra, watahą polowali na młode przedstawicielki płci przeciwnej, a jak takowej nie dopadli, to atakowali wszystko co się rusza – auto, konia, krowę, nawet kurom się dostawało. Zabawa trwała do wyczerpania wody ze studni.

Przygotowania gastronomiczne do świąt spędzanych w domu z czerwonej cegły trwały tydzień. To dlatego dom musiał być wysprzątany do niedzieli palmowej. W kuchni pachniało bigosem, białą kiełbasą, żurkiem i koniecznie galaretą wieprzową. Jedynie ciasta były zamawiane u kolegi Taty, pana Bigusa.

W sobotni poranek Tato przywoził sernik, jabłecznik i tradycyjną babkę. Mama niczym groźny cerber pilnowała abyśmy nic nie podjadali. O Słodki Jezu, jak te świąteczne ciasta cudownie pachniały, a były lepiej strzeżone niż złoto w forcie Knox.

Kiedy Karol miał już parę lat, wspólnie przygotowywaliśmy święconkę. Do wiklinowego, wyłożonego białą serwetką koszyka, ostrożnie wkładaliśmy brązowe od cebulowej kąpieli jajka, baranka z lukru, któremu syn zawsze chciał odgryźć głowę, kawałek kiełbasy, mały chlebek i babeczkę, pieprz i sól.

Oprócz naszych jajek zabieraliśmy do poświęcenia jajko od pani Zosi, po które Mama wysyłała przeważnie Karola. – Tylko nie zbij po drodze – przestrzegała go.
Mały człowieczek biegł w podskokach do naszej sąsiadki, a wracał powoli, ze skupieniem na twarzy, niosąc ostrożnie w dwóch dłoniach powierzone mu jajko.

Zawartość koszyka przykrywaliśmy białą serwetką, ozdabialiśmy bukszpanem i bez pośpiechu szliśmy do kościoła.
– Mamo zobacz jaki ten pan ma duży koszyk! – trajkotał jak najęty Karol. – Mamo zobacz jaki baranek! Mamo zobacz jakie ta pani ma kurczaczki!
– Synu ciszej jesteśmy w kościele – uciszałam go bezskutecznie. Wyłączał fonię, ale tylko na chwilę, dopóki nie wypatrzył czegoś znowu.

Jedną z Świątecznych tradycji była walka na jajka. Każdy z zawodników dzierżył mocno swoje jajo i stukał nim w przeciwnika. Zwycięzcą był ten, którego jajko nie popękało. Ileż przy tym było śmiechu i przekomarzania się!

W drugi dzień Świąt, Tata w piżamie skradał się po cichu, i aby tradycji stało się zadość, perfumami mamy polewał nam głowy. Syn uzbrojony w pistolet na wodę, latał po całym mieszkaniu ostrzeliwując się niczym Rambo. Radosnym okrzykiem kwitował fakt dosięgnięcia dziadka, babci, albo samego siebie. Denerwowałam się czy się nie przeziębi, nie pamiętając, że ja w jego wieku hasałam całkiem mokra na podwórku, i nic mi się nie stało.

Dzisiaj syn nie chce już uczestniczyć w przygotowywaniu święconki, tkwi w wirtualnym świecie ostrzeliwując się laserem, albo ucinając głowy jakimś poczwarom. Może kiedy będzie miał własne dzieci, ta tradycja ponownie zacznie mu sprawiać przyjemność?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje wspomnienia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Moje święta

  1. Jasna8 pisze:

    Wspomnienia,
    wspomnienia tradycji zawsze są takie bezpieczne i radosne 🙂

  2. Jasna8 pisze:

    Wspomnienia,
    wspomnienia tradycji zawsze są takie bezpieczne i radosne 🙂

  3. Watra pisze:

    A wspomnienia zawsze to mają , że, czy chcesz czy nie chcesz – wracają

  4. Watra pisze:

    A wspomnienia zawsze to mają , że, czy chcesz czy nie chcesz – wracają

Możliwość komentowania jest wyłączona.