Ta ostatnia niedziela

Lubię wstawać o świcie, nawet w niedzielę. Mocna, parzona kawa przywraca mnie do żywych. Dzisiaj, gdy wychodziłam z domu, syn jeszcze smacznie spał. Dla niego to był środek nocy. Położył się pewnie dwie godziny wcześniej.

Powietrze było rześkie, pachnące świeżością, niebo błękitne, udekorowane kłębkami waty. Miasto spało, bo kto o zdrowych zmysłach zrywa się z łóżka o szóstej rano w niedzielę? Wyludnione ulice, mokre jeszcze po nocnym deszczu lśniły w słońcu.

Uwielbiam prowadzić samochód, zwłaszcza o takiej porze. Nie trzeba co chwilę zatrzymywać się przed światłami, albo kląć w korku wdychając spaliny. Koleżanki z pracy ochrzciły mnie Hołowczycem. Coś w tym jest.

Na działkach nie było nikogo. Dumnie paradował bażant. Ptaki odstawiały swoje ptasie radio. Kłóciły się kaczki dziwaczki. Pomyśleć, że tylko pięć minut jazdy samochodem dzieliło mnie od centrum półmilionowego miasta.

Dzisiaj nie przyjechałam pracować. Zaparzyłam kawę, zrobiłam śniadanie i zaległam w fotelu na tarasie. Przykryłam nogi pledem, bo wiał dokuczliwy, zimny wiatr i zatopiłam się w lekturze własnej książki.

Czytając rozdział „Marzenia o drewnianym domku” odłożyłam książkę i pomyślałam o Tacie. Próbowałam wyobrazić sobie jego reakcję, gdybym przywiozła go tutaj pierwszy raz. Niestety odszedł za szybko. Urodziła się pierwsza łza, potem druga. Zamknęłam oczy i poczułam, że jest tu ze mną.

– Wiesz tato – powiedziałam do niego – Tutaj za niedługo będzie moje wymarzone oczko wodne, z nenufarami i innymi wodnymi roślinami. Stanie się domem dla żab, nartników, ważek. A tam dalej będzie stał strach na wróble, tylko teraz nie mam czasu go stworzyć. Na ten bałagan na końcu ogrodu nie patrz. Przyjdzie i na niego czas.

Tata, nie mogąc mówić, złapał się za głowę obiema rękami, pokiwał nią, a jego oczy zaszkliły się. Kciukiem pokazał „ok” co znaczyło – jestem z ciebie dumny Giniek – bo tak mnie nazywał. Był dumny z wszystkiego co robie. Kochany Tato.

Wiatr przyniósł odgłosy dzwonów z kościoła na Oruni. Tato pomachał mi na pożegnanie i odleciał na awarię. Pewnie znowu strzeliła tam u góry jakaś rajska rura, stąd tyle deszczu od wczoraj, i Tato, znany oruński hydraulik, musiał się nią zająć.

Zjedzone na tarasie śniadanie smakowało wybornie. Mogłabym tak żyć. Z dala od miasta, w drewnianym domku, w zgodzie z matką naturą. Nie musiałabym sprzątać obcych domów czy ślęczeć nad pracami zleconymi. Mogłabym prowadzić np. agroturystykę…. hmm… marzenia się spełniają.

Żal było wracać do bloku z betonu i szarego życia. Zahaczyłam więc o Gdańsk, który z każdym rokiem wydaje mi się coraz piękniejszy i dostojniejszy. A może on zawsze taki był, a tylko ja, z wiekiem, dojrzałam i nauczyłam się go smakować jak Ambrozję?

Jeszcze o nim napiszę.

Gdansk

Ten wpis został opublikowany w kategorii Mój ogród, Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Ta ostatnia niedziela

  1. Jasna8 pisze:

    Pięknie się zrobiło jak przeczytałam Twój wpis 🙂
    Jesteś skowronkiem,
    Skowronki lubią wcześnie wstawać,
    Też lubię wczesne poranki , kiedy jest jeszcze spokój…
    A Gdańsk zawsze był piękny…

    • graszka pisze:

      Kiedyś, jak jechałam przez Gdańsk do pracy, albo załatwiałam tam urzędowe sprawy nie patrzyłam na niego tak jak teraz 🙂

  2. Jasna8 pisze:

    Pięknie się zrobiło jak przeczytałam Twój wpis 🙂
    Jesteś skowronkiem,
    Skowronki lubią wcześnie wstawać,
    Też lubię wczesne poranki , kiedy jest jeszcze spokój…
    A Gdańsk zawsze był piękny…

    • graszka pisze:

      Kiedyś, jak jechałam przez Gdańsk do pracy, albo załatwiałam tam urzędowe sprawy nie patrzyłam na niego tak jak teraz 🙂

  3. ania.mania pisze:

    Zapachniało … zatęskniłam …

  4. ania.mania pisze:

    Zapachniało … zatęskniłam …

  5. Tetryk56 pisze:

    Piękne fotki, Graszko! Wybacz, że się powtarzam 😉

  6. Tetryk56 pisze:

    Piękne fotki, Graszko! Wybacz, że się powtarzam 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.