Czyż nie dobija się koni?

Oj nie dobrze, mili czytelnicy, niedobrze! Nie udało mi się zwalczyć tą chuć, i wydałam straszną ilość pieniędzy na okazy flory do mojego prywatnego ogrodu botanicznego o sympatycznej nazwie „Eden Graszki”. Na efekt długo nie trzeba było czekać. Głód w oczy zajrzał. Musiałam więc knuć.

Zauważyłam, że niebo nade mną czuwa. Zawsze gdy znajdę się pod ścianą, pojawia się niespodziewany ratunek. Okazało się, że mogę popracować jako Lara Croft. Co prawda po ostatnim maratonie zażegnywałam się, że już nigdy więcej, ale jak mówią – nigdy nie mów nigdy. Sto złotych piechotą nie chodzi.

W tym tygodniu wyjątkowo sprzątałam w środę zamiast w czwartek. Po pracy zjadłam z synem na obiad placki ziemniaczane, i pognaliśmy pod wskazany adres w centrum Gdańska. Po drodze syn zadał mi sto tysięcy pytań na które nie umiałam odpowiedzieć. Wiedziałam jedynie, że będziemy ochraniać kibiców Irlandzkich, balujących na zamkniętej imprezie.

Przemiły portier, bez słowa rozwarł szeroko bramę i wjechaliśmy na parking przed dawnym budynkiem stoczni. Mimo że koncert obsługiwała inna firma ochroniarska, zobaczyłam znane mi już z poprzedniej imprezy twarze. Potem dowiedziałam się, że ci młodzi składają swoje CV w trzech trójmiejskich firmach ochroniarskich. Kiedy dana firma wygra kontrakt, zatrudnia ich na zlecenie.

Byliśmy nieco przed czasem, więc postanowiłam chwilę pobawić się paparazziego. Wyciągnęłam moją Zorkę pięć aby zrobić parę zdjęć, i dopadł mnie jakiś służbista biorąc za fotoreportera.
– Służbowo! – zakrzyknęłam i dodałam dla pewności – ochrona!
– A to co innego, proszę – zostawił mnie w spokoju.

O 18 wbiliśmy się w żółte koszulki, i powtarzając w myślach otrzymane instrukcje, obstawiliśmy teren. Syn krył miksery, cokolwiek to oznacza, ja zaś objęłam kluczowy i bardzo niebezpieczny odcinek – przejście między garderobą artystów a sceną. To tam lubią zaczaić się młode fanki aby ucapić się idola krzycząc „mój ci on, mój!”.

Pierwsza godzina minęła migusiem. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ekipa i cały zespół artystów z Irlandii okazali się przemiłymi ludźmi. Za każdym razem kiedy mnie mijali uśmiechali się i rzucali „Haj”. Na co ja też „Haj”.

A czas sobie płynął banalnym tik – tak, a ja czułam, że zaczyna się powtórka, bynajmniej nie z rozrywki. Oni byli coraz weselsi i mniej pewnie stawiali kroki, a ja zaczynałam marznąć w tej przykusej koszulince, targana wiatrem. Zaczęłam liczyć cegły w murze przede mną – 234. Kiedyś liczyłam schody robiąc za kulisa w drogerii w Pruszczu, a jeszcze wcześniej marchewki.

Pomyślałam, że nam Polakom daleko do nich. Mimo morza wypitego piwa, nie było przepychanek, nikt się z nikim nie pobił, nikt nie bluzgał. Wszyscy dobrze, i co najważniejsze kulturalnie się bawili. Co chwila powtarzali po polsku „kocham”. Czyżby nikt nie uświadomił ich, że ulubionym słowem Polaków jest inne pięcioliterowe słowo na „k”, ostatnia „a”?

Do domu wróciliśmy około pierwszej w nocy. Zmęczeni ale w pozytywnych nastrojach. Długo nie mogłam zasnąć. Kręciłam się w łóżku jak bąk, i kiedy o 6:30 zadzwonił budzik, miałam wrażenie, że ledwo się położyłam. – Królestwo za łyk kawy! – wyjęczałam czołgając się w stronę kuchni.

Do Ostródy pojechałam sama, bo syn musiał iść do szkoły. Tym razem mieliśmy ochraniać strefę kibica. Zbiórka o godzinie ósmej przed Dworcem Głównym w Gdańsku. Zobaczyłam te same osoby, lekko niewyspani, ale nadal uśmiechnięci. Gotowi na nowe wyzwanie.

Od początku Euro są cały czas w trasie – Warszawa, Ełk, Braniewo, Ostróda. Ich domem stał się autobus. Chyba nikt z nich nie przespał przynajmniej 6 godzin we własnym łóżku. Odsypiają po drodze.

Tuzin nas. Pakujemy się do busa. Wyglądamy jak cyganie – ludzie drogi. Plecaki, torby z jedzeniem, ubrania. Przede mną siedzi dziewczyna. Wyciąga notatki, zakłada słuchawki i próbuje przygotować się do egzaminu. Kierowca włącza komedie „Miś” lecz nikt nie ma nią ochoty. Wolą drzemać, regenerować siły przed kolejnym maratonem, cokolwiek nie tanecznym.

W Ostródzie piękne słońce. Bus wyrzuca nas na małym placu obstawionym przez namioty sponsorów. Nie wiemy gdzie mamy się podziać z naszymi bambetlami. Jest dopiero dziesiąta, będziemy tu kwitnąć do piętnastej, bo zajęcie będzie miało tylko dwoje z nas. Reszta musi czekać na właściwą imprezę.

Mamy płacone od 15. Pięć godzin mojego czasu daruje więc za darmo firmie. Trochę buntuje się moje rewolucyjne serce, lecz pozostałym to zupełnie nie przeszkadza. Cieszą się, że pracują w poważnej firmie, która, co najważniejsze płaci terminowo.

Rozmawiając z nimi o tym, dowiaduję się, że za taki wyjazd dostaje się 100 złotych plus 30 złotych diety. Kalkuluję – zbiórka o 8, koniec pracy o 24, a jeszcze przecież powrót do Gdańska. Wychodzi 19 godzin. 130 złotych podzielone (tu przydaje się kalkulator w komórce) przez 19 równa się 6,84 zł za godzinę. Lepiej niż za obieranie marchewki czy taskanie kartonów. Inni tak na to nie patrzą. Cieszą się, że 130 złotych wpłynie (terminowo!) na ich konto. Są młodzi i zdrowi. Dziesięć takich 19 godzinnych maratonów i mają za co żyć przez miesiąc. Pojęcie ośmiogodzinnego dnia pracy jest im obce.

Postanawiam porobić parę zdjęć. Nieopodal odnajduję ukryty w cieniu starych drzew, równie stary cmentarz. Zapomniany i zniszczony. Obok stoi nowy hotel. Cmentarz zasłonięto wysokim murem. Być może po to żeby goście hotelowi nie poczuli tego co ja teraz – nostalgii zmieszanej z lekką nutką smutku, zadumy.

Spacerując między zapadniętymi grobami pomyślałam o Kartce. Odkąd wyruszył w drogę, kierując się do Hiszpanii, zastanawiam się co nim kieruje. Rzucić wszystko w diabły, spakować skromny dobytek do plecaka, w rękę chwycić kij wędrowca i iść przed siebie. Na zachód. Byle dalej od całego zła tutaj. Ale czy tam znajdzie szczęście? A może po prostu droga ważniejsza jest niż cel?

Po 14 niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami i po chwili zaczyna lać jak z cebra. Wiatr tarmosi drzewami, namiotami sponsorów, reklamami. Robi się naprawdę zimno. Otrzymany od firmy polar nie wystarcza. W strugach deszczu biegnę do garażu, gdzie zostawiliśmy nasze rzeczy i ubieram wszystkie bluzy jakie miałam w plecaku. Nie pomaga. Na dodatek przemakają mi buty i chwilę później skarpety.

Z powodu pogody do strefy kibica przychodzi bardzo mało ludzi. Do moich obowiązków należy pilnowanie aby nie palili i pili piwo tylko w wyznaczonym miejscu. O 18 mam już totalnie dość. Dzwoni Anioł i zdaję mu relację.

– Jak jeszcze raz zdecydujesz się na tą pracę, to przełożę cię przez kolano i tak wleję, że nie będziesz mogła przez dwa dni siedzieć – mówi spokojnie ale wiem, że jest na mnie zły.

Ma racje. Mogłam odpuścić. Rachunki mam wszystkie zapłacone, a że lodówka przypomina tą z pewnego spotu opozycyjnej partii… Nie samym chlebem człowiek żyje.

Po północy podjeżdża po nas bus. Chwilę rozmawiamy, ustalamy kto jedzie w sobotę do Warszawy, a kto w niedzielę do Braniewa. Rozmowy szybko zamierają. Zmęczeni zapadają w sen. Ja nie potrafię. Bolą mnie przemarznięte stopy. Przed nami ponad dwie godziny drogi do domu. Za oknem środek krótkiej czerwcowej nocy. Na wschodzie widać jasną łunę nadchodzącego dnia. Zatapiam się w niewesołych myślach.

Do domu docieram po drugiej. Jest już piątek. Zaczyna się trzeci dzień maratonu. Pięć godzin snu, garnek kawy, w pośpiechu przełykany chleb. Siedem godzin sprzątania domu w Straszynie. Chyba wole sprzątanie, co nie znaczy, że lubię.

W sobotę też jadę do pracy. Odpocznę tak naprawdę dopiero w niedzielę. Odeśpię trzy zarwane noce. Posiedzę z synem. Wyskoczę zrobić parę zdjęć. Zobaczę czy rośnie wysiana w Edenie trawa.

Czwartek

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Czyż nie dobija się koni?

  1. Jasna8 pisze:

    Ładnie opisałaś swoje dni pracy,
    o ile słowo ładnie pasuje do tej sytuacji :/
    A skoro koniecznie chcesz pracować ciężko i za ciężkie pieniądze,
    to uciekaj do Norwegii.
    Za taką samą robotę dostałabyś 10 razy tyle.
    Takie stawki…
    Miłej niedzieli w Edenie życzę 🙂

    • graszka pisze:

      Może zabrzmi to patetycznie ale kocham swój kraj.
      Gdybym miała jednak emigrować to do Irlandii – pokochałam tych kibiców 🙂
      Jasna, wiele lat pracowałam w biurze, teraz pracuję tam gdzie mogę się załapać. Ta praca nauczyła mnie wiele, zupełnie inaczej patrzę na ekspedientkę której po 10 godz pracy wcale nie chce się uśmiechać. Inaczej patrzę na ochroniarza. To Polscy kibice, patrzą na nich jak na nieuków. Dziwny jest ten świat…..

  2. Jasna8 pisze:

    Ładnie opisałaś swoje dni pracy,
    o ile słowo ładnie pasuje do tej sytuacji :/
    A skoro koniecznie chcesz pracować ciężko i za ciężkie pieniądze,
    to uciekaj do Norwegii.
    Za taką samą robotę dostałabyś 10 razy tyle.
    Takie stawki…
    Miłej niedzieli w Edenie życzę 🙂

    • graszka pisze:

      Może zabrzmi to patetycznie ale kocham swój kraj.
      Gdybym miała jednak emigrować to do Irlandii – pokochałam tych kibiców 🙂
      Jasna, wiele lat pracowałam w biurze, teraz pracuję tam gdzie mogę się załapać. Ta praca nauczyła mnie wiele, zupełnie inaczej patrzę na ekspedientkę której po 10 godz pracy wcale nie chce się uśmiechać. Inaczej patrzę na ochroniarza. To Polscy kibice, patrzą na nich jak na nieuków. Dziwny jest ten świat…..

  3. Tetryk56 pisze:

    Graszko, nie daj się sprowadzić do roli konia 😉 (wiem, że się nie dasz!) I oby zawsze twój wysiłek dawał ci oczekiwane profity, w odróżnienie od nieszczęśników z przywołanego filmu!

    • graszka pisze:

      Jak to miło, że ktoś we mnie wierzy 🙂
      Dzisiaj do pracy, na strefę kibica w Braniewie pojechał syn. W pewnym sensie dobrze mu to zrobi, zresztą młody organizm da sobie radę 🙂 Sama siebie pocieszam, a tak naprawdę to się martwię. Polscy kibice są nieobliczalni Odwiozłam go dzisiaj pod dworzec w Gdańsku, a później spędziłam dzień z aparatem. Zdjęcia wyszły do kitu, bo nie było słońca. A jeszcze później działka. Popieliłam, wypiłam kawę i czas było wracać do domu.

  4. Tetryk56 pisze:

    Graszko, nie daj się sprowadzić do roli konia 😉 (wiem, że się nie dasz!) I oby zawsze twój wysiłek dawał ci oczekiwane profity, w odróżnienie od nieszczęśników z przywołanego filmu!

    • graszka pisze:

      Jak to miło, że ktoś we mnie wierzy 🙂
      Dzisiaj do pracy, na strefę kibica w Braniewie pojechał syn. W pewnym sensie dobrze mu to zrobi, zresztą młody organizm da sobie radę 🙂 Sama siebie pocieszam, a tak naprawdę to się martwię. Polscy kibice są nieobliczalni Odwiozłam go dzisiaj pod dworzec w Gdańsku, a później spędziłam dzień z aparatem. Zdjęcia wyszły do kitu, bo nie było słońca. A jeszcze później działka. Popieliłam, wypiłam kawę i czas było wracać do domu.

  5. Starsza (od Starszego) pisze:

    Koń to bardzo miłe zwierzątko, Tetryku. O ile się go nie dobija 😉

  6. Starsza (od Starszego) pisze:

    Koń to bardzo miłe zwierzątko, Tetryku. O ile się go nie dobija 😉

  7. Jula :) pisze:

    Koń to piękne i mądre zwierzę. Myślę ,że stawki w Norwegii są wyższe ale i koszty też.
    No cóż Graszka przyszło nam żyć w tym kraju. Norwegowie sami , plus odkryte złoża w Bałtyku wypracowali swój dobrobyt. Tam po prostu inaczej traktuje się ludzi .Nasza „elita” powinna się w mig tego nauczyć !…. . 😉 🙂
    Trzymajcie się i nie pękajcie , bo życie to jednak walka oby tylko fer-play ! 🙄

  8. Jula :) pisze:

    Koń to piękne i mądre zwierzę. Myślę ,że stawki w Norwegii są wyższe ale i koszty też.
    No cóż Graszka przyszło nam żyć w tym kraju. Norwegowie sami , plus odkryte złoża w Bałtyku wypracowali swój dobrobyt. Tam po prostu inaczej traktuje się ludzi .Nasza „elita” powinna się w mig tego nauczyć !…. . 😉 🙂
    Trzymajcie się i nie pękajcie , bo życie to jednak walka oby tylko fer-play ! 🙄

Możliwość komentowania jest wyłączona.