Jak żyć Panie Premierze, jak żyć?

Wczoraj miałam urodziny. Przez calutki dzionek frunęły do mnie życzenia od przyjaciół i znajomych – telefonicznie, mejlowo i na FB. To bardzo miłe uczucie. Jeszcze raz dziękuje wam wszystkim moi kochani! To był fantastyczny dzień. Wyjaśniło się bardzo dużo spraw, które nie dawały mi spać po nocach.

W czwartki sprzątam apartament. Kończę dość wcześnie, więc mogłam pognać do Urzędu Pracy. Byłam tam o trzynastej, pora dość wczesna, więc zapewne dlatego gmach sprawiał wrażenie opuszczonego, bo w to, że spadło bezrobocie i urząd można zamknąć, raczej trudno uwierzyć.

Pobrałam numerek ze znanej mi już maszyny losującej. Dane mi było szybko stanąć przed obliczem doradcy. Nauczona doświadczeniem, przygotowałam sobie mały zestaw pytań na temat jak uzyskać dotację.

O dotację ubiegać każdy się może, jeden lepiej, drugi gorzej, ja tam się nie chwale, ja po prostu… spełniam odpowiednie warunki. Można ugrać nawet 15.000 lub więcej. Ruszyłam więc szeroką ławą do ataku.

– Musi być pani zarejestrowana.
– Jestem – skontrowałam.
– Musi pani mieć wkład własny, w wysokości 30% – drań z miną pokerzysty, nie wyjaśnił, że to nie musi być wcale gotówka.
– Mam, ale jest to pokój, który przeznaczam na pracownię, auto, komputer, aparat fotograficzny, którym będę robiła zdjęcia towarom, oraz samą stronę internetową. Tyle wystarczy? – odpowiedziałam szczerząc się bezczelnie, tak jakbym miała cztery asy i piątego w rękawie.
– Musi pani mieć wykształcenie w danym kierunku – przebija z miną zawodowca.

Pas! No i po mnie 🙁 Nie mam żadnego doświadczenia, jestem samoukiem. Nie będzie kasy.
– Musi mieć pani dwóch żyrantów, którzy zarabiają netto minimum dwa tysiące – dowala z premedytacją. A mówią, że leżących (zwłaszcza kobiet) się nie kopie!

– Ile? – wypiskuję cicho niczym mysz przyciśnięta łapą kota.
– D-W-A T-Y-S-I-Ą-C-E – szczerzy zęby, bo dobrze wie, że to dla większości bezrobotnych to bariera nie do przeskoczenia.

Nie znam nikogo, kto chciałby zostać moim żyrantem, zwłaszcza w tych ciężkich czasach. Mogłabym liczyć na Ewę i Honię, ale wiem, że one nie mają takich pensji. O dziwo zupełnie nie wyprowadza mnie to z równowagi. Wracając nucę refren piosenki kabaretu OTTO

Obywatelu, zrób sobie dobrze sam
Przecież najlepiej wiesz o co w twym życiu chodzi
Obywatelu, zrób sobie dobrze sam
Nikt fachowiej niż ty osobiście ci nie dogodzi….

Jeśli nie wyjdzie zamknę działalność i po kłopocie. Niech się państwo wypcha ze swoją „pomocą” bezrobotnym. Niech mi tylko nie przeszkadzają, sama sobie radę dam.

Na siedemnastą miałam wyznaczoną wizytę u ortopedy. Niestety prywatną, bo ta z funduszu mogłaby mieć miejsce dopiero pod koniec marca 2013 roku. Może gdyby chodziło o moje prawe kolano, w którym stwierdzono uszkodzenie łękotki, to czekałabym, bo za bardzo mi nie dokucza. Niestety tym razem chodzi o lewe, które boli znacznie mocniej.

Ortopeda zrobił mi USG i stwierdził, że mam prawo narzekać bo kolano jest w opłakanym stanie. Dodał, że nie muszę robić rezonansu, postuluje natychmiastowy zabieg. Koszt 3600 zł.

– Enoooo, takie drobne to w prawej kieszeni noszę – już miałam na końcu języka.

Wolałam go nie pytać ile czeka się na bezpłatny zabieg w ramach ubezpieczenia. Strzelam – dwa lata? Chyba prościej i szybciej nogę pod tramwaj włożyć.

W samochodzie syn mnie przepytał z wizyty.
– Mamo! sprzedam auto, kupie sobie jakieś tańsze, a Tobie dam na operację! – zaproponował bez wahania mój kochany jedynak.

Serce stopniało mi jakby było z wosku. W oczach piasek. To jego pierwszy samochód. Wymarzony. Ciężko na niego pracował. Sporo dołożył mu ojciec. Do tej pory jeszcze nim sam nie jeździł. Parę dni temu zdał (za pierwszym razem!!!) prawo jazdy i czeka na papiery.

W tym momencie zadzwoniła bratowa.
– Czemu płaczesz? Co się stało?- spytała zaniepokojona.
– Nie, nie płaczę – skłamałam. – Nic się nie stało. Syn mnie tylko wzruszył.
Opowiedziałam jej całą historię.

Dla niej zachowanie mojego syna było naturalne. Wiem, że wiele dzieci by się tak nie zachowało. Często spotykam się z roszczeniowymi postawami młodych i nie tylko młodych. Tak naprawdę to nikomu nic się nie należy, a jeśli coś od kogoś dostają, to jest to jedynie jako akt dobrej woli darczyńcy.

Mimo tych złych informacji, to był dobry dzień. Wiem, że mogę liczyć na syna. Moje państwo kazało mi się, po raz kolejny zresztą, pocałować w otworek.
Jak żyć panie premierze, jak żyć? – ciśnie mi się na usta.

Fundusze przeznaczone na święta zjadł lekarz. Ma to też swoje dobre strony. Nie spędzę mnóstwa czasu w kuchni, a po świętach nie będę narzekała, że przytyłam. Dzisiaj robiąc zakupy, wraz z synem, z rozbawieniem przyglądaliśmy się kobiecie zdumionej tym, że ma zapłacić 380 zł. Ja wydałam ostatnią stówę, a mimo to uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Ubierzemy sztuczną choinkę. Na świąteczny obiad będą kotlety schabowe. Potem pojedziemy razem (Karol i Maks mój pies) nad morze. Syn wie, że w tym roku święty Mikołaj jest strasznie zapracowany i dotrze do nas dopiero w styczniu.

Wszystkim moim czytelnikom, życzę udanych Świąt!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jak żyć Panie Premierze, jak żyć?

  1. Nivejka pisze:

    Ech… samo życie. Nic to jednak. grunt, że optymizm cie nie opuszcza:)
    Wszystkiego dobrego dzielna kobieto, matko cudownego syna:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.