Jeszua

720

Nie mogli wrócić stamtąd skąd przybyli, bo po pierwsze ich wiekowa Łada odmówiła na amen posłuszeństwa, a po drugie nie mieli po co wracać. Pierwsze dni i noce koczowali w aucie na parkingu wielkiego, leżącego tuż przy obwodnicy, centrum handlowego. Nad nimi przelatywały z hukiem nisko lądujące na pobliskim lotnisku stalowe ptaki.

A nie tak miało być. Długo, zwłaszcza nocami, przed zaśnięciem, rozważali z Miriam pomysł wyjazdu na zachód. Ci co stamtąd wracali opowiadali o pięknych domach, równych drogach, zachodnich, nowych autach, zaopatrzonych we wszystko sklepach. Za przywiezione oszczędności stawiali bogate domy w wiosce. Raj na ziemi – Europa. No może nie tak do końca zachodnia, bo ten kraj leżał w środkowej części kontynentu, ale od paru lat był w zjednoczonej Europie.

Józef był cieślą, i nie bał się ciężkiej pracy. Wierzył w to, że sobie poradzi. Liczył, że znajdzie zajęcie w stoczni, z której miasto było kiedyś znane. Pamiętał z młodości zdjęcia z wąsatym elektrykiem, i dźwigi portowe w tle. Stoczni już nie było, podobnie jak i pracy.

Nie mieli pieniędzy aby kupić jedzenie. To co im zostało trzymali na czarną godzinę. Józef stanął przed wejściem do wielkiego sklepu, wstydliwie prosząc wychodzących z pełnymi koszami ludzi o to by wspomogli, choćby jedzeniem. Mijali go odwracając głowy, z trudno ukrywanym obrzydzeniem na twarzach. W swoim starym zniszczonym ubraniu, nieogolony, z niemytym od tygodni ciałem, nie pasował do ich bogatego świata. Jedynie jedna, ubogo ubrana starsza kobieta dała mu swój ostatni grosz. Po dwóch godzinach przepędzili go rośli ochroniarze, wrzeszcząc coś o Policji. Zrozumiał to słowo bo w jego wschodnim języku brzmiało podobnie.

Józef wiedział, że kolejnej nocy w aucie nie przetrzymają, zwłaszcza, że rozwiązanie miało nastąpić lada moment. Miriam nie skarżyła się, ale jej zmarznięta, koszmarnie umęczona twarz mówiła sama za siebie. Zdesperowany poszedł poszukać dla nich schronienia. Nieopodal centrum handlowego było piękne osiedle. Bogate wille, przystrojone świątecznymi światełkami, przed domami drogie zachodnie auta.

I znowu dzwonił pokornie od drzwi do drzwi, próbując wytłumaczyć, że żona rodzi, że szukają schronienia choć na jedną noc, choćby w garażu. Zza pleców gospodarzy leciały kolędy, czuć było cudownie pachnące, szykowane na wigilie potrawy. Nikt nie próbował wysłuchać, kiedy łamiąc koszmarnie ich język, starał się wytłumaczyć o co mu chodzi. Drzwi trzaskały przed nosem, a raz nawet poszczuto go psami.

Zrozpaczony trafił na bezludne o tej porze roku działki pracownicze. Znalazł położoną na uboczu altanę, i bez wahania kopniakiem wyważył drzwi. W środku stał stary stół, łóżko, i co najważniejsze była opalana drewnem koza. Dla nich to luksus. Szybko sprowadził, zwijającą się z bólu Miriam. Nawet nie protestowała. Tu nad ranem, gdy na nocnym rozgwieżdżonym niebie królowała kometa, urodził się jego pierworodny.

– Jak go nazwiemy Miriam? – spytał żonę.
– Jeszua – odparła kobieta i spojrzała z miłością na swoje nowo narodzone niemowlę.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Z szuflady dojrzałej kobiety. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Jeszua

  1. Tetryk56 pisze:

    To mogło wydarzyć się wszędzie i w dowolnym czasie – dlaczego by nie tu i teraz?

  2. Alla pisze:

    Zdrowych, spokojnych, radosnych Świąt.. 🙂

    • graszka pisze:

      Alla dziękuję i Tobie również życzę wesołych radosnych Swiąt .
      Zmykam do pracy, chciało by się napisać ostatni raz 🙁

  3. Kneź pisze:

    Zdrowych, radosnych, i rodzinnych świąt życzymy ze Starszą – pod choinka wora prezentów i spełnienia marzeń!
    http://proteologia.files.wordpress.com/2009/12/choinka.jpg

Możliwość komentowania jest wyłączona.