Pod dachami Gdańska

0

Uwielbiam widok z mojego okna. W słoneczne, ciepłe dni otwieram je szeroko, opieram się na parapecie i patrzę z radością w sercu na panoramę mego rodzinnego miasta. Mieszkam wysoko, wynajmuje mały pokoik na poddaszu, więc nic nie zasłania mi widoku na Motławę i odbijające się w niej Spichlerze.

Pewnie zadajecie sobie pytanie – zaraz, zaraz, co ta Gretchen wyprawia? Jeszcze chwilę temu siedziała w pociągu jadącym w stronę Gdyni, aby wraz z rodziną spędzić sobotę i niedzielę u wuja Anzelma w AdlerHorst, a teraz tkwi w oknie kamienicy przy Rittergasse, znanej wam jako Rycerska?

Wasze zdziwienie będzie jeszcze większe, gdy zdradzę wam, że nie jestem już słodką, dwunastoletnią pannicą, tylko 28-letnią Gretą, nauczycielką w gimnazjum realnym dla dziewcząt Pani Heleny Lange w Langfuhr. Uczę tam geografii.

A wszystkiemu winna jest magiczna waliza, która niczym konik szachowy skacze po szachownicy czasu i przestrzeni, dwa pola w przód, jedno w bok, za nic mając liniowość czasu czy opowieści. To jest waliza magiczna, więc i moja podróż taką jest.

To jest podróż nostalgiczna, może to ucieczka przed czasem, w którym czuje się źle, bo wszystko idzie za szybko, nie tak jak powinno. Czasem kłamstw, oszustw, pogardy, braku szacunku, poszanowania, empatii i zrozumienia. Czasem bezrobocia, biedowania, podgryzania.

A może to jak skakanie po kanałach z pilotem w ręku? Ohra rok 1912 – pstryk – pociąg do Gdyni – pstryk zdjęcie koło MarienKirche rok 1910 – pstryk – widok nad dachami Danzig rok 1928. Tylko stara waliza wie, chyba, że sama improwizuje, gdzie rzuci mnie następnym razem.

Więc mamy lato roku 1928.

Lubię się budzić wcześnie, otwierać szeroko okno. Mój nos atakują zapachy z pobliskiej gdańskiej fabryki chleba, założonej przez panów Ankera i Karkutscha. Z oddali dochodzi mnie portowa melodia – syreny statków, krzyki mew, skrzypienie dźwigów unoszących z barek i szkut towary. A gdy zawieje od tamtej strony wiatr, to czuje zapach soli, smoły i sosnowego drewna.

Czasem w podwórku zagra na harmonii lub rozstrojonej gitarze uliczny grajek, zareklamuje się ostrzyciel, przywracający nożom i nożyczkom drugą młodość, druciarz kurujący rozbite naczynia.

Niestety domy na Grodzkiej zasłaniają mi Targ Rybny, na który tak lubię chodzić, aby posłuchać tej dziwnej mieszanki ludowego niemieckiego i kaszubskiej gwary w wykonaniu Fischfrauen – żon i córek kaszubskich rybaków. Tam zawsze kupuję mego ukochanego Pomuchla, lub śledzie.

Zza kościoła św. Jana, ponad morzem czerwonych dachów, wnosi się w niebo, spowita delikatną mgiełką wieża Bazyliki Mariackiej, a jeszcze dalej mierzy w niebo wieża ratusza. Miasto żyje, dosłownie czuje jak bije jego serce, ulice to jego tętnice, a ludzie to czerwone krwinki. Jeszcze nie wie, że przyjdzie mu umrzeć.

Odrodzi się, ale czy takie samo?

Poprzednia część

Ten wpis został opublikowany w kategorii Stara waliza. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Pod dachami Gdańska

  1. AnkaW. pisze:

    Niezwykle nostalgicznie namalowałaś tę opowieść. Pięknie.

  2. mironq pisze:

    Jużem czytając tytuł pomyślał, że po strychach buszujesz. 😉 A Ty jednak z góry spoglądasz, i to od Starego Miasta w stronę Głównego.

Możliwość komentowania jest wyłączona.