Gyddanyzc

0

„Od ponad miesiąca byli w drodze. Nie było łatwo, zwłaszcza odkąd stracili konia. Swój skromny dobytek musieli podzielić między siebie i nieść go na własnych plecach, nawet dzieci. Dziesiątego dnia podróży umarła stara kobieta, ale wiadomo było od początku, że nie przetrwa trudów podróży. Pochowali ją przy drodze.

Kończyła się powoli długa i surowa zima. Z trudem, osłabieni i wygłodniali, brnęli przez wysoki do kolan śnieg. Nocami zbijali się ciasno przy ognisku, zaś wkoło krążyły wilki. W blasku ognia nie raz widzieli ich żarzące się oczy, a rano ślady na śniegu. Na ich szczęście drapieżniki bały się ognia i być może trzech groźnych psów, które wędrowały z nimi.

Musieli opuścić swoją ziemię, bo w oczy zajrzał im głód. Dwa ostatnie lata były latami nieurodzaju. Pierwszego roku zaatakowała ich susza, rok później spowodowana ulewnymi deszczami powódź zniszczyła doszczętnie ich dom. Nie mieli ziarna na wiosenny siew. Zmierzający szlakiem na południe kupiec doradził im udać się na północ, gdzie ponoć nad zatoką zimnego morza leżało wielkie i dostatnie miasto. Mieli nadzieje znaleźć tam pracę, zbudować nowy dom, odmienić swój marny los.

W południe 15 marca 997 roku naszej ery, 35-go dnia podróży przekroczyli porośnięte bukowym lasem wzgórza i zobaczyli w oddali, położony nad rzeką Gdanią, a którą Prusowie zwą Motlaua, drewniany gród obronny. Z krytych słomą domostw, przez otwory w powale ulatywał dym. Nad grodem górowała wysoka wieża obronna, z której cały czas bacznie obserwowano okolice.

Po rzece sunęły wolno, bo dzień był prawie bezwietrzny, żaglowe łodzie rybackie. Kilkaset metrów dalej rzeka Gdania łączyła się z większą od niej rzeką, która miała źródła w odległych o kilkaset kilometrów górach, i wpadała do widocznego na horyzoncie morza. Rzymianie nazwali go Wenedzkim. Swego czasu byli tu częstymi gośćmi pokonując tysiące kilometrów po to aby zakupić wielce ceniony bursztyn.

– Jesteśmy u celu – powiedział nestor rodu. Skupili się wokół niego patrząc z nadzieją w sercach na leżące w oddali miasto. Traktem z naprzeciwka szło dwoje ludzi, stara kobieta i prawdopodobnie jej syn.
– Powiedźcie dobrzy ludzie, jak nazywa się to miasto? – spytał Nestor.
– Nie wiecie? – kobieta zaśmiała się ukazując bezzębne.
– Toż to Panie…..”

..Gdańsk, odpowiedział za nią jej syn – stara waliza skończyła snuć opowieść w to piękne popołudnie roku 1928, gdy przy otwartym na oścież oknie, popijając herbatę, patrzyłam na sunące powoli po Motławie barki.
– To i tam trafiłaś? – zdziwiłam się.
– Któregoś dnia, leżąc na strychu w domu na Przeróbce, odkryłam, że mogę przemieszczać się w czasie i przestrzeni. Nie mając więc nic innego do roboty zaczęłam zwiedzać, i trafiłam tam, kiedy to ukochane przez ciebie miasto było małym drewnianym grodem na rubieżach cywilizacji.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Stara waliza. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

15 odpowiedzi na „Gyddanyzc

  1. Marek pisze:

    Jeszcze sie nam tu nie zamykaj, „Stara walizo”, napewno nie jedna hisorie masz do opowiedzenia. Czekam z niecierpliwoscia, dalszych opowiesci…

  2. Tetryk56 pisze:

    Fotka absolutnie zwodnicza! 😉
    Wyprawy w przyszłość też będą?

  3. jestem3xl pisze:

    jak ty pięknie piszesz, czekam kolejnych podróży starej walizy…

  4. wiedzma pisze:

    Lubię Twoje ” klimatyczne opowieści”… i cieszy mnie, zwrot w Twoim życiu…… tak trzymać 🙂

    • graszka pisze:

      Dzięki Wiedzma.
      Odkąd powstała Stara Waliza wielu czytelników straciłam, dlatego taki komentarz jak Twój bardzo cieszy.
      Nic nie dzieje się bez przyczyny. Widocznie musiałam zostać unieruchomiona, żeby miec czas na przemyślenia. Teraz wiem kto jest przyjacielem, dobrym znajomym a kto papierowym. Nie, nie jestem smutna ani rozżalona, jestem bogatsza o doświadczenia 🙂

  5. Ewa W. pisze:

    Na twój blog wchodzę codziennie od kilku miesięcy. Dajesz mi wsparcie i motywujesz do działania. Często o tobie myślę, chociaż cię nie znam. Chociaż nie………….. znam. Wiem, co cię męczy, co smuci, a co sprawia przyjemność. Wiem, co potrafisz, czego się boisz i czego pragniesz. Nie lubię Starej Walizy, ale czytam, bo jest częścią ciebie. Uwielbiam za to, jak opisujesz swoje spostrzeżenia i przemyślenia na temat otaczającej cię rzeczywistości i ludzi wokół ciebie. Są takie dni, że jesteś dla mnie jedynym powodem, dla którego warto wstać, usiąść i zacząć oddychać. Dobrze, że jesteś.

    • graszka pisze:

      Witaj Ewo.
      Pierwszą osobą, która mi powiedziała, że przestaje czytać bloga z uwagi na jego literacki styl był Grzegorz. Siedzieliśmy przy stole na warsztatach. Przyjęłam to spokojnie. Jakiś czas temu Mira skrytykowała mnie za to, że opisuję swoją biedę. Jak widzisz zdania są podzielone. Jedni lubią to inni co innego. Ale nie o tym chciałam.
      Nie potrafię się skupić. Jak tylko pozbieram myśli napewno powstanie wpis.
      Ewa, bardzo Ci dziękuję

  6. magnolia pisze:

    u nas dzisiaj piękne słońce. U Was też?
    Jeśli tak, to pewnie aż Cie korci żeby wziąć do ręki aparat?
    Ja lubię kiedy piszesz….

  7. graszka pisze:

    do Nas wróciła zima.
    Wczoraj syn wiózł mnie na zmianę opatrunku obwodnicą trójmiejską. Warunki były masakryczne.Serce miałam w gardle. I rozum mi mówi – dobrze prowadzi, powiedziałabym , że nawet lepiej ode mnie, a serce trzęsie się jak osika – i stale jest we mnie niepokój. Nie potrafię go zwalczyć. Rozmawiałam o tym z siostrą. Przypomniała mi fakt, jak jej syn zdał prawko, pożyczał ode mnie auto. Wtedy ona się trzęsła a ja nie rozumiałam jej obaw.
    Zdjęcia robiłam niedawno. Sympatia syna mnie odwiedziła przynosząc pyszne babeczki 🙂 Pstryknęłam babeczkom 🙂

    • majka pisze:

      Graszko, upraszam o wstawienie onych pyszności, dla wirtualnego posmakowania, bom ostatnio leniwa na realne działania w kuchni ;-(
      U nas od kilku dni ponuraszczo, a dziś coraz więcej dosypuje śniegu , i tylko współczuję kierowcom.
      Ten lęk, gdy dziecko jest za kierownicą – można się z tym oswoić. Ja czasem muszę robić buzię w ciup, aby nie wydać przerażonego okrzyku iiiiiyyyyy, gdy prędkość pojazdu osiąga max fabryczną 🙂
      Z zimowych wspomnień : mąż prowadzi, ja obok, a z tyłu maluszka nasze kilkuletnie dziecka. Droga śliska, więc przytrafił się piękny piruet, szczęśliwie zakończony; nie w rowie. A syn na to : tata, zrób jeszcze takiego fajnego bączka ! 🙂

      Graszko, czytelnicy byli, są i będą . Tak jak tematy i treści blogów są zmienne, tak i czytacze znikają, pojawiają się nowi, ale są też znający twój blog od początku. Nie sugeruj się nieobecnością w komentarzach stałych lubiacych 😆

      • graszka pisze:

        Tym się nie sugeruje.
        Pomiędzy połykaniem łez, pracami zleconymi próbuje sklecić dzisiejszy wpis, a dotyczy on właśnie dzieci

        • majka pisze:

          Wbrew pozorom , łzawość wpływa na lepsze 🙂 ;
          dla mnie, bez względu na sytuacje, zawsze ukojeniem jest kultowa już piosenka , której oryginał podaję w poniższym linku :
          http://www.youtube.com/watch?v=XuAaVVPEGoY

          PS. zanim wkleiłam, to odsłuchałam, a mój chop teraz już na dworze , z łopatą odśnieża podwórko pogwizdując tę melodię. No i jak nie uśmiechnać się ? 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.