Będzie dobrze!

Dobrze się stało, że przez moment byłam odcięta od świata. Przez te kilkanaście godzin nie potrafiłabym napisać niczego pozytywnego, bo z czego tu się cieszyć? W lodówce poza połówką margaryny nie było nic. Wyłączono mi Internet, bo nie zapłaciłam na czas rachunku. Wizyty u mamy, z powodu oszczędności, zostały znacznie ograniczone.

Wiedziałam, że będzie ciężko ale, że aż tak to nie. Okres przejściowy jest dla mnie bardzo trudny. Aby podjąć nową, stałą pracę w przychodni, musiałam odpuścić dwa sprzątania. Minie miesiąc nim dostanę pensję. Przez ten czas muszę za coś żyć. Sprzątając dostawałam pieniądze po każdym dniu.

Dodatkowo przez operację kolana odpadły mi dwa tygodnie. Choroba Mamy też dołożyła swoje. I znowu wpadłam w depresję, na szczęście tym razem, udało mi się szybko z niej wyjść. A wszystko to dzięki kartonom.

Wracając z przychodni w której robię badania niezbędne aby otrzymać książeczkę zdrowia, mijałam drogerię, w której kiedyś miałam „przyjemność” (cudzysłów użyty z premedytacją) pracować.

Przed sklepem stało mnóstwo kartonów. Czekały pewnie na tragarza, który, tak jak ja kiedyś, wniesie je z mozołem na zaplecze, a później poukłada na półkach. Na tym jego praca nie skończy się. Po zamknięciu sklepu, otworzy te kartony, obmetkuje towar i rozłoży go na półkach.

Prace w drogerii zaczynało się o 9 a kończyło różnie, czasami o 19-tej, ale bywało, że i o 21-tej. Pracował tam ze mną młody chłopak, który mógłby być moim synem. Uważał się za kogoś ważniejszego, on był w końcu sprzedawcą, a ja dopiero terminowałam.

Obiecywano mi, że jak się będę starać, to mam szanse awansować na sprzedawcę. Na obiecankach się skończyło. Niczym mrówka targałam te kartony przez cały miesiąc, za jak się potem okazało 3 złote i 47 groszy za godzinę pracy.

Najgorzej wspominam schody, w drugim sklepie. Napisałam wtedy:

Drogeria była na piętrze. Schody do nieba. 27 stopni. Chwycić karton z auta. 18 kilo. Wspiąć się 27 stopni. Położyć na podłodze. 27 stopni na dół. Chwycić karton. 18 kilo. 27 stopni. Odłożyć. Zejść na dół. Chwycić karton… Kilkadziesiąt kartonów. Tona? Dwie? Trzy? Nie wiem. Nie liczyłam. Zagryzałam zęby. Koszmarny ból rąk, nóg i pleców. Od 9 do 16. Jak mrówka. Jak tragarz z Nepalu. Jak doker.”

I kiedy zobaczyłam te kartony pomyślałam sobie – o mój Boże! Mam to już za sobą. Już nigdy więcej nie będę targała takich ciężarów, tak samo jak nigdy więcej nie będę zwijała wielkich dywanów u biznesmena z Wrzeszcza.

Wczoraj spędziłam trzy godziny w moim nowym miejscu pracy. Siedziałam w wygodnym fotelu, przy komputerze i odbierałam telefony. Boże, a jeszcze nie tak dawno temu stałam w woderach i paru grubych swetrach, sortując marchew w obozie pracy gdańskiego marchewkowego króla.

Nie żałuje tamtego czasu. To była lekcja pokory. Kiedy całkiem niedawno usłyszałam od kogoś, że jej pensja (praca biurowa) wystarcza na waciki, to uśmiechnęłam się jedynie. Ten ktoś nie miał bladego pojęcia co oznacza ciężka praca fizyczna za parę złotych za godzinę.

W takim ciężkim czasie po raz kolejny przekonuje się jak wielką  podporą jest mój dziewiętnastoletni syn. Nie miałam na bilet aby pojechać do Mamy do szpitala, wyręczył mnie Karol, wracając ze szkoły wstąpił do babci. Pomógł jej usiąść na wózku, zawiózł do toalety, posadził na sedesie. A przecież mógłby powiedzieć – wstydzę się, nie dam rady, lub znaleźć jakąkolwiek inną wymówkę.

W sprawie Mamy sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Trzy dni temu lekarze sugerowali amputację. Przedwczoraj podczas konsylium lekarskiego zdecydowano poddać Mamę kuracji w komorze kriogenicznej w Gdyni. Wczoraj odbyła pierwszy z trzydziestu zabiegów i prawdopodobnie niestety ostatni, gdyż nie ma komu wozić jej z Gdańska do Gdyni, i z powrotem.

Nie ma szans na znalezienie miejsca dla Mamy w szpitalu w którym jest komora. Szpital nie ma środków na to aby opłacić transport. Ja z powodu pracy też nie mam możliwości, poza tym wożenie Mamy w aucie syna (sportowe coupe) nie wchodzi w rachubę, nie wspominając o kosztach paliwa, które nie wiem jakbym miała pokryć.

I tak sobie myślę, że gdyby moja Mama miała na nazwisko załóżmy na to Kwaśniewska, albo Tusk, albo Wałęsa, albo Kaczyńska, albo… to by bez mrugnięcia okiem była przewożona te trzydzieści kilometrów codziennie karetką, albo nawet helikopterem.

Co będzie dalej z Mamą nie wiem.

A więc moi kochani w poniedziałek zaczynam kolejny rozdział mego życia. Lodówka znów jest pełna (aczkolwiek to pojęcie względne) Jutro jadę sprzątać apartament, a zaraz potem gnam do przychodni na szkolenie.

Będzie dobrze!

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Będzie dobrze!

  1. Fizdejka pisze:

    Trzymam kciuki… może znajdzie się ktoś, kto mógłby wozić Twoją mamę. Może MOPR znajdzie jakieś dotacje. Może jest jakieś wyjście. Kurcze…

  2. Ann pisze:

    Takie to smutne…ale w tym smutku Tyle wiary i radości!! Piękne.
    Życzę dużo zdrowia dla mamy i siły dla Was.
    Trzeba myśleć pozytywnie! Szukajcie pomocy , na ul. Dyrekcyjnej może…

    Życzę wszystkiego najlepszego! Dużo pogody ducha, to pomaga!

    a wracając… ja też w swoim życiu się natargałam.. namarzłam(chociaż teraz też marznę:)) teraz jestem panią samej siebie i mam nadzieję ,że tak zostanie.. Lubię ludzi i zewsze staram się tak ich traktować jakbym sama tego chciała:)
    Pozdrawiam! Powodzenia!

  3. jestem3xl pisze:

    Będzie dobrze, ten miesiąc jakoś przetrzymacie wiedząc, że otrzymasz wynagrodzenie. ami, to przerabialiśmy…

  4. Tetryk56 pisze:

    Mam nadzieję, że znajdziesz jakąś możliwość kurowania mamy… Nieraz już dawałaś nam i sobie przykład, że wszystko jest możliwe 🙂

  5. graszka pisze:

    Dzień zaczęłam przed 6 rano. Pijąc poranną kawę, zadzwonił jeden z moich czytelników. I od razu zaświeciło słoneczko.
    Pięć godzin sprzątania apartamentu, jak to Kartka mawiał biegusiem. W drodze powrotnej sprawy administracyjne Mamy. Docieram do domu, miła informacja od Beaty na FB. Szybki prysznic i moja kochana przychodnia. Dzisiaj przyjmowała pani endokrynolog i specjalista od USG. Cisza spokój, mili pacjenci. Wracam do domu o 18. Chwila telefonicznej rozmowy mamą. Jutro do niej jadę.
    A teraz stęskniona Frania położył się na moim brzuchu i pomrukuje.
    Jestem szczęśliwa, że spotykam fajnych ludzi na swojej drodze. I tego życzę moim czytelnikom 🙂

  6. jula pisze:

    I tego się my wszyscy trzymajmy. 😀
    Będzie dobrze! 😆
    Pa!

  7. wiedźma pisze:

    Dasz radę Graszko…. masz rodzeństwo i Oni powinni się włączyć; to nie tak, że tylko Ty odpowiadasz za Mamę .

Możliwość komentowania jest wyłączona.