Wędrowcy

0

Morze szumiało cicho, wiał ciepły południowy wiatr marszczący delikatnie jego powierzchnię. Na niebie darły się wniebogłosy mewy uradowane ciepłym dniem. Ciągnąca się łukiem plaża do pobliskiego klifu, za którym leżała wieś Gdynia, która za kilkanaście lat rozrośnie się w wielkie portowe miasto, była pusta. Goście z Kurhausu w Adler spali jeszcze, w końcu był to wczesny niedzielny poranek.

Szłam a pod mymi nogami chrobotały małe białe muszelki, które tak lubiłam kiedyś zbierać, mimowolnie wypatrywałam między nimi miodowych bryłek bursztynu, ale tutaj w Orłowie były one raczej rzadkością, większe szanse na znalezienie są na Stogach lub Mierzei Wiślanej.

Zawsze gdy znalazłam bryłkę żywicznego kamienia, brałam ją delikatnie w palce i patrzyłam pod światło, mając cichą nadzieję, że znajdę w niej zatopionego owada, podróżnika w czasie sprzed milionów lat. Niestety nigdy nie było mi to dane, ale moja koleżanka z klasy Hanna miała bursztynek z wtopionym na wieki kawałkiem odnóża prehistorycznego owada.

Wuj Anzelm, brat mojej mamy, zaśmiał się widząc jak wpatruje się usilnie pod nogi w poszukiwaniu bałtyckiego złota. Był to mężczyzna niewysoki, o lekko przyprószonych siwizną włosach w kolorze słomy, i sumiastym, jak sam lubił mawiać, sarmackim wąsem. Ubrany starannie w szary, choć nie pierwszej młodości surdut i nieodłączny, namotany w gruby węzeł krawat.

– Masz na imię Grażyna? – spytał w pewnej chwili po polsku.
W pierwszej chwili zdębiałam, nie dlatego, że odezwał się po polsku, często ze mną rozmawiał w języku rodzinnym jego i mojej matki. Skąd mógł wiedzieć, że nie nazywam się Gretchen, mieszkałam co prawda w domu z czerwonej cegły na Oruni, ale urodziłam się za dobre pięćdziesiąt lat, kiedy świat i czas w którym aktualnie byliśmy dawno już uległ zagładzie.

– Wuju, przecież mam na imię Gretchen – zaprotestowałam nieśmiało.
– Dziecko moje, ja o tobie wiem wszystko, masz na imię Grażyna, urodziłaś się 1965 roku i mieszkasz w Pruszczu. Masz syna Karola, psa Maksa i kota Frankę.
Patrzyłam na niego zdumiona nie mogąc wykrztusić z siebie słowa.

– Jesteś tu dzięki starej walizie, ona cię prowadzi przez rzekę czasu – pogładził mnie po głowie.
– Tak, to prawda – powiedziałam po chwili.
– Ja też jestem wędrowcem. Tak naprawdę mam na imię Piotr i żyję Gdańsku, albo raczej w tym co z niego zostało po…. przepraszam ale o tym nie wolno mi tobie mówić, bo takie są zasady wędrowców.
– To jest was więcej? – spytałam lekko skołowana.
– Są nas tysiące, sam poznałem osobiście paru. Tworzymy coś w rodzaju tajnego bractwa, mamy swoje niepisane zasady, z którymi mam cię zapoznać, abyś nie narobiła szkód, tak jak ja kiedyś – uśmiechnął się na wspomnienie. – Będę kimś w rodzaju twego przewodnika w tej nowej dla ciebie sytuacji.

Poprzednie odcinki

Ten wpis został opublikowany w kategorii Stara waliza. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Wędrowcy

  1. Tetryk56 pisze:

    Brawo, Graszko! Czuć rozmach w tej opowieści!

  2. jestem3xl pisze:

    …o jeżu kolczasty jak ty ciekawie piszesz…

  3. graszka pisze:

    Dziękuje.
    Nie zawsze chce się myśleć w własnych problemach

Możliwość komentowania jest wyłączona.