Po burzy zawsze wychodzi słońce

0a

We wtorek minie tydzień odkąd mama wróciła do siebie, a ja dopiero dzisiaj schowałam materac, na którym spałam, gdy ona zajmowała moje łóżko. Pokój stał się większy. Meble wróciły na swoje miejsca.

Mama bardzo już chciała wracać do domu z czerwonej cegły, a ja z coraz większym trudem się jej przeciwstawiałam. Kiedy zaczynała poruszać ten temat, widziałam jak zaczyna się jej trząść broda, i nie wiele trzeba aby się rozpłakała.

– Mamo źle ci u mnie? – próbowałam ją przekonać.
– Dziecko moje, bardzo dobrze, ale nie ma jak u siebie, mieszkam tam od 50 lat.

W końcu musiałam ulec. Ustaliłyśmy, że wróci do domu po wizycie kontrolnej u okulisty.

Tego dnia wstałam o czwartej rano, i zanim wybiła piąta byłam na Oruni. W piwnicy narąbałam drzewa i rozpaliłam w piecu. Otworzyłam szeroko okna aby wpuścić świeże majowe powietrze. Zmieniłam pościel, wymyłam okna, powiesiłam nowe firany i zasłony. Z rosnącego w podwórku bzu narwałam kwiatów i wstawiłem je w wazony. W południe wracałam do domu z torbą brudnych rzeczy do uprania.

Dojeżdżając do Pruszcza zrobiło mi się bardzo smutno i przykro. Uświadomiłam sobie bowiem, że kiedyś było inaczej. Kiedy rodzice wracali po dłuższej nieobecności, w szykowaniu ich domu brała udział cała rodzina. Bywało, że wspólnie malowaliśmy mieszkanie, a parę miesięcy przed śmiercią Taty zmienialiśmy wannę na kabinę prysznicową.

Kiedy wróciłam do domu, Mama była już spakowana i czekała na brata, który miał ją zawieźć do lekarza. Ja musiałam jechać do pracy. Rozpłakałyśmy się obie gdy wychodziłam. Mama dziękowała mi za opiekę.

– Obiecaj, że jeśli nie podołasz, źle się poczujesz to zadzwonisz a ja przyjadę po Ciebie – powiedziałam.

Dzwonimy do siebie codziennie. Na razie sobie radzi.

W niedzielę zabrałam ją do Edenu. Długo nie musiałam jej przekonywać. Działkę mam od roku, a ona było tam tylko raz, na samym początku, wraz ze swoją siostrą Teresa.

To było ciepłe, słoneczne popołudnie. Siedziałyśmy przy starym stole pod jabłonią, która delikatnie obsypywała nas kwiatowymi płatkami. Młode, jasnozielone liście dawały już trochę cienia. Słoneczne promienie igrały w srebrnych włosach Mamy. Jej twarz wypogodziła się, oczy rozjaśniły się. Widziałam jak powoli znika z jej twarzy cierpienie ostatnich miesięcy.

Zjadłyśmy obiad. Nic wielkiego – kiełbasa z grilla.

Moja mama i ja kochamy kwiaty. Teraz, kiedy już lepiej widzi, mogłam jej pokazać jak wschodzą malwy i kwitną tulipany. Uśmiechała się do nich, ich widok sprawiał jej wielką radość.

– Teraz kiedy zobaczyłam twój ogród, to nie dziwię się już, że jesteś tu tak często – powiedziała gdy wracałyśmy.

0

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Po burzy zawsze wychodzi słońce

  1. jestem3xl pisze:

    …trzymam kciuki…

    • graszka pisze:

      Właśnie tego potrzebuję, bo jestem cholernie zmęczona. Kiedy mama była u mnie było ciasno, kiedy jest na Oruni dochodzą dojazdy. Mamie skończyły się lekarstwa, po pracy musiałam pojechać do przychodni, odstać swoje do lekarza pierwszego kontaktu. Chociaż chwilę z nią posiedzieć, posłuchać jak sobie radzi i wrócić do domu. A w domu czeka syn ze swoimi kłopotami i troskami.

Możliwość komentowania jest wyłączona.