I co z kotkami?

DSC_2962

Ranek spędziłam w przychodni. Przyzwyczaiłam się już do nowej pracy, ale niestety co pewien czas, z pewnych powodów o których nie chce na razie mówić, są drobne zawirowania, i związany z tym nieuchronny stres.

W drodze powrotnej do domu zrobiłam szybkie zakupy, bo lodówce ostało się jeno światło. Upichciłam szybki obiad – zapiekanka z makaronu z pieczarkami. Bez wkładki mięsnej. Tak bywa. Kiedy odlewałam makaron zadzwoniła Mama ze swoim problemami.

Na dworze upał jak w hucie. +30 w cieniu. Włączyłam klimę, znaczy otworzyłam na całą szerokość płócienny dach żabki i pognałam przez rozpalone do czerwoności ulice na Orunię, aby zabrać maluchy. Kocia mama miała wyraźnie strach w oczach kiedy wkładałam jej maleństwa do wyłożonego kocem wiklinowego koszyka. Być może intuicja podpowiadała jej, że widzi je po raz ostatni. Tyle kociąt skończyło żywot w worku na dnie rzeki.

– Nie bój się, przywiozę ci je z powrotem – uspokoiłam ją, ale nie wiem czy mi uwierzyła.

Małe były przerażone. Dyszały ze strachu i upału. Swoimi malutkimi zaropiałymi oczkami zobaczyły świat znacznie większy niż przytulna szafka w kuchni starej kobiety. Oślepiające światło czerwcowego słońca, dobiegające zewsząd groźne hałasy, zapach spalin, i poruszające się z szybkością światła metalowe, nagrzane pudło. To stanowczo za dużo jak na pierwszy raz poza domem. Bez mamy.

Po dłuższym krążeniu (i telefonie) znalazłam siedzibę weterynarza.
– Gdyby pani poczekała jeszcze ze dwa dni, koty straciłyby wzrok – powiedział z troską w głosie.
Poczułam ulgę. Dowiedziałam się, że kociaki są dobrze wykarmione i to dwa chłopaki. To dobra wiadomość, bo nie będzie problemu z kolejnymi pokoleniami futrzaków, które zasiedliłyby mieszkanie w domu z czerwonej cegły, o ile uda się wysterylizować ich matkę.

Doktor Dolittle przepisał zastrzyki wzmacniające oraz krople do oczu. I tu jest poważny problem, trzeba to robić trzy razy dziennie, przez najbliższe dziesięć dni. Nie wiem czy Mama swoimi zniszczonymi przez reumatyzm rękami da radę to zrobić. Nie wiem jak mam to zrobić ja, mieszkając prawie 10 km od niej i pracując. Po prostu nie wiem.

Wielu by po prostu zapakowało te Bogu ducha winne stworzenia do foliowego worka i …. Ale ja tak nie potrafię.

Pędem wracam na Orunię. Przemywam kociakom oczy i zakraplam. Mam wrażenie, że pyszczki im się uśmiechają, szczęśliwe, że wróciły do domu, do swojej mamy, do świata bezpiecznego i znanego.

Po raz kolejny pokonuje trasę Pruszcz-Orunia. Na dwudziestą mam umówione w mojej przychodni badanie USG mego kolana, które od jakiegoś czasu boli mnie. Dodam, że chodzi o to nie operowane.

Nie wiem co będzie jutro. Rano sprzątam apartament, a popołudniu mam dyżur w przychodni. Jak wszystko dobrze pójdzie skończę pracę o 22. Jak to wytrzyma moje kolano?

I co z kotkami? Może ktoś podpowie, w jakiś sposób pomoże?

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teraźniejszość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „I co z kotkami?

  1. AnkaW. pisze:

    Trudno ci coś poradzić. Może wspólnymi siłami: Ty, syn, mama, sąsiadka, może skontaktować się z jaką organizacją zajmującą się kotami. Może wolontariuszka by przychodziła to robić? Kocurki też koniecznie trzeba będzie wysterylizować, bo jeden taki potrafi spłodzić w roku 100 kociąt. Miasta to finansują, ale najlepiej daj darmowe ogłoszenie na tablica.pl o adopcji, napisz o nich ładnie, jak to Ty potrafisz i znajdź im ludzi którzy o nie zadbają. To nie bywa takie trudne, wystarczy dać ogłoszenie. Powodzenia!

  2. Ewa W. pisze:

    No nie, Ty jak nie masz problemu, to go sobie znajdziesz.
    Ale do rzeczy. Powieś na kilku wejściach do klatek schodowych w pobliżu domu mamy ogłoszenie, w którym opiszesz krótko, o co chodzi z tą pomocą przy kotkach. Istnieją nastolatki, które oszaleją na wieść o takim zajęciu. Wiem to stąd, że moja córka i kilka jej koleżanek, jakby im pozwolić, to wyprowadzałyby wszystkie psy na osiedlu, opiekowałyby się wszystkimi kotami i czyściły kopyta wszystkim koniom w stadninie, za to tylko, że mogą po prostu obcować ze zwierzętami.

  3. ania.mania pisze:

    Ewa ma rację! Są dzieci, które nie mogą znosić do domu zwierząt i chętnie pomogą. Wakacje tuż tuż, nauka już praktycznie się skończyła i czasu aż za dużo.

  4. graszka pisze:

    W oczekiwaniu na pierwszego pacjenta szybciutko odpiszę. Orunia to bardzo specyficzna dzielnica. W domu z czerwonej cegły oprócz mamy mieszka jeszcze jedna para, która wprowadziła się niedawno. Z okolicy kto mógł już dawno się wyprowadził,. Na profilu FB Orunia, mam ponad 800 lubiących. Jest tam też dużo młodych ludzi z Oruni. Po wpisie na blogu nikt nie zareagował .
    Dzisiaj odwiedzi mamę koleżanka z którą mama kiedyś pracowała w Domu Dziecka. To jest następna historia do opisania. Dawny Zakład Pracy który wyjątkowo dba o swoich byłych pracowników. Pani Ania pomoże mamie dzisiaj. Jutro ja .

  5. ania.mania pisze:

    Nawet kotkom na Oruni jest pod górkę 🙁

    Graszko zapraszam po wyróżnienie 🙂

    • ania.mania pisze:

      Graszko, będzie smutno bez Twojej oruni ale, rozumiem, wiem ile czasu zajmuje przygotowanie jednej notki, że o przejrzeniu innych blogów nie wspomnę. I u mnie głównie z tego powodu takie duże przestoje. Samo życie. Mam jednak nadzieję, że potrzeba pisania wygra i w tej czy innej formie wrócisz 🙂
      Mam Twój adres email i gdybym była w Gdańsku będę pisać, ciągnie mnie do Twojego Edenu 🙂

      • graszka pisze:

        Wiedziałam, że mnie zrozumiesz. Pracuję nad sobą, podpierając się książką Pełna Moc Zycia Jacka Walkiewicza.
        Swiat blogowy bardzo pochłania. Krytykowałam syna, ze on nic nie robi tylko gra a sama w to wsiąkłam. Dzisiaj rano wstałam, zaczęłam przeglądać blogi. Weszłam do Gżegżółki i wsiąkłam na amen. Podyskutowałam na blogu, wrzuciłam informację na FB Orunia. Zdenerwowałam głupimi komentarzami w stylu przytulam i przesyłam buziaki – I ranek umknął gdzieś bezpowrotnie 🙂
        Zmykam już do przychodni, bo dzisiaj mam na popołudnie.
        Ps Aniu zapraszam do Edenu

Możliwość komentowania jest wyłączona.